Karczma przy starym goscincu
Karczma przy starym goscincu
gaweda
Daniil Lazko
Tekst wiersza i komentarz literacki
Tuapse, 2 pazdziernika 2026
;
Karczma przy starym goscincu
gaweda
Gdzie stary gosciniec skreca
Miedzy mlynem a kosciolem,
Stoi karczma. Ganek peka,
Strzecha nad zmarszczonym czolem.
Nad progiem szyld wyplowialy,
Na nim kufel, kon i slowa —
Lecz co pisal pedzel bialy,
Deszcz zjadl. Zostala polowa.
Przy plocie lipa jak baba
Rozlozyla ciezkie rece;
Za weglem studnia, gdzie zaba
Siedzi i nie chce nic wiecej.
A podworze — bloto, siano,
Slad kopyt i koleiny;
Mokrym drewnem pachnie rano,
A wieczorem — dym z luczyny.
Ja te karczme znam od dziecka,
Biegalem tu boso latem;
Co nie z oczu — to sasiadzka
Gadka babek nad warsztatem.
Jak bylo, nie dam przysiegi;
Kazdy liczy dni inaczej:
Grabarz — lata wedle ksiegi,
Hanka — wesela i placze.
A Maciej — chlop krepy, siwy,
Z nosem jak dojrzala sliwa,
Uparty, ale poczciwy,
A skapy — no, roznie bywa.
Dlugi kreda na framudze
Znaczyl kreska i krzyzykiem;
Deszcz zmyl krede — ale cudze
Liczyl dalej, chocby z krzykiem.
Lubil sie tez chwalic czasem,
Ze general w jego sieni
Pil — a ktory, z kazdym razem
U Macieja sie odmienil.
Tu swatano i klocono,
Tu z pogrzebu szli na stype,
Nowiny z miasta niesiono,
Konie wiazano pod lipe.
Raz, mowia, dwoch gospodarzy,
Kuba z Szymonem, przy piecu
Darlo sie o cieplo w twarzy
Jak dwaj poslowie na wiecu.
Maciej dlugo sluchal. Potem
Kazdemu doliczyl lawe,
I obaj, placac z klopotem,
Kleli go zgodnie, laskawie.
Bywal szlachcic Rymsza z brodu,
Pan na krowie i pagorku;
Herb mial z Lechowego rodu,
Dlugi — na drzwiach, na podworku.
Gdy mu Maciej wskazal kreski,
Rymsza wasa w gore ciagnal:
«Herb moj — pod Wiedniem zwycieski!» —
I po kufel znowu siegnal.
Furman Ignac po jarmarku
Spal na stole jak na sianie,
Z batem zwinietym na karku,
Przez sen krzyczal: «Wio, kasztanie!»
Tedy jechala do slubu
Zoska mlynarzowna w wianku;
Maciej — nie wiem, czy z rachuby —
Darmo beczke dal na ganku.
Ksiadz, gdy jechal z Panem Bogiem
Do chorego w noc czy w slote,
Stawal tylko przed tym progiem,
By koniom dac wody. Potem —
Dalej, w noc, w blotnista droge.
A Maciej, skapy do kosci,
Mowil: «Od Boga nie moge...»
Nie wpisal tej naleznosci.
Ja zas, smyk, stalem przy plocie,
Patrzac na konie przy zlobie —
Jak paruaja w deszczu, w pocie —
I kazdego chcialem sobie.
Byl tez jeden — stary zolnierz,
Co raz w roku, gdy lisc spada,
Siadal, stawial wyzej kolnierz
I nic nikomu nie gadal.
Pil jedno piwo, nie wiecej,
I patrzyl w belke nad drzwiami:
Ktos tam, z nozem w mlodej rece,
Wycial «Jan» i rok cyframi.
Kim byl Jan — nic nie powiadal.
Maciej pytal raz i drugi.
Az raz lisc, jak co rok, spadal,
Stary — nie. I lata dlugie.
Za stajnia, kopiace pod dynie,
Maciej znalazl w ziemi kule —
Olowiana, w zoltej glinie —
I wazyl ja w dloni czule.
«To — mowil — od tamtych z lasu,
Z szescdziesiatego trzeciego».
Kto to sprawdzi? Tyle czasu...
Kula nie powie nic swego.
Potem przyszlo, co przyjsc mialo:
Nowy trakt — prosty, kamienny —
Krotszy o mile — to malo?
A nasz zostal — boczny, senny.
Furmanki zaczely jechac
Prosto, mostem, bez przystanku;
A Maciej wychodzil czekac
Na ganek — co dzien, od ranku.
Izba stygla. Lawa pekla.
Szyld zawisl krzywo na haku.
Mysz z komory tez uciekla.
Droga w trawie — ani znaku.
Corka z miasteczka pisala:
«Tatku, dosc juz tego znoju!
Izba u nas jest, choc mala,
I wasz kat czeka w pokoju».
Maciej: «Droga jeszcze wroci.
Most sie rozsypie po zimie,
Szosa sie w bagno obroci —
A wtedy, kto ich tu przyjmie?»
Kazdy wiedzial: nie zawroci
Ani droga, ani woda;
Lecz kto starego zasmuci?
Kiwali glowa: «No — szkoda».
Az raz, w pozny wieczor slotny,
Gdy deszcz walil w dach jak cepem,
Ktos zastukal. Gosc samotny;
Klacz za nim lypala slepiem.
«Zamkniete!» — krzyknal co sily,
Po czym zaraz drzwi otworzyl:
«W taka noc — jak mi Bog mily —
Psa bym na lawie polozyl».
Gosc byl niemlody, w surducie;
Rzekl od progu: «Pochwalony».
Woda ciekla mu po bucie.
«Na wieki» — mruknal, zdziwiony.
Maciej dorzucil polano —
Jedno. Westchnal. Potem drugie.
Chleb postawil, ser, smietane
I — rzecz rzadka — nie na dlugi.
Gosc jadl, a potem w polmroku
Spojrzal na belke nad drzwiami:
«Jan... Wyciety w tamtym roku,
Kiedy szedl w las z chlopakami.
Zostawil tu konia w stajni —
Gniadego. Rzekl: „Wroce rano”.
Wieczor byl jego ostatni.
Kon czekal dlugo — gadano.
Ojciec, jego brat, co roku
Tu przychodzil — na Zaduszki».
Maciej dlugo milczal w mroku,
Zgarnial w dlon z chleba okruszki.
«To on!... Piwo — jedno. Siwy...
I ani slowa — przez lata!
Ale placil. Sprawiedliwy.
Uczciwszy niz pol powiatu».
Po polnocy, gdy dogasal
Zar, a gosc spal juz na lawie,
Maciej slyszzy: w stajni halas —
Jak dwa konie. Albo prawie.
Wzial latarnie i, choc boso,
Poszedl przez blotne podworze.
Klacz goscia patrzy z ukosa
Na pusty zlob — uszy w gore.
W boksie — barlog przygnieciony,
Jakby cos przed chwila stalo,
I owies w zlobie — ruszony...
Albo mu sie przywidzialo.
Wracal — a na ganku kroki.
Raz, drugi. Deska skrzypnela.
Podniosl latarnie wysoko —
Pusto. Lipa sie ugiela.
Wtedy Maciej, stojac w blocie,
Zmowil «Wieczny odpoczynek»
Za Jana, za tych, co w slocie
Tu stawali. I za szynek.
Rano gosc chcial placic. Maciej
Dlugo patrzyl na pieniadze,
Potem rzekl: «Schowajcie, bracie.
Jan zaplacil. Tak ja sadze».
W tydzien potem Maciej zamknal
Drzwi na zardzewiala klodke.
Klucz — pod «Jana». Jeszcze westchnal,
Wzial kule i kredy grudke.
Lecz co niedziele, po sumie,
Szedl z miasteczka stara droga,
Siadal na ganku — i w szumie
Lipy czekal. Nie wiem — kogo.
Mowia, ze tu, gdy noc glucha,
Slychac furmanke — bez koni.
Grabarz mowi: «Wiatr. Nie sluchac».
A Hanka krzyz kresli dlonia.
Dzis Macieja nie ma. Lezy
Na cmentarzu, tam, za mlynem;
Krzyz ma prosty, jak nalezy,
Wianek z suchym rozmarynem.
A karczma stoi, jak stala,
Tylko szyld lezy w pokrzywach;
Lipa nad nia — stara, cala,
W studni woda jeszcze zywa.
Ja tamtedy chodze czasem,
Siadam na zapadlym ganku
I — choc bez konia — popasem
Czekam, jak on, na furmanke.
Nikt tu nie jezdzi — i z Bogiem.
Lipa kapie. Dzwon z oddali.
A slad kopyt — tuz pod progiem,
Jakby jeszcze tu przystali.
Daniil Lazko
Tuapse, 2 pazdziernika 2026
;
Komentarz literacki
Gaweda w duchu Wladyslawa Syrokomli i Adama Mickiewicza
I. Gaweda — rodowod gatunku
Gaweda szlachecka uksztaltowala sie w polskiej literaturze w latach trzydziestych XIX wieku. Jej klasycznym prozatorskim wzorem staly sie „Pamiatki Soplicy” Henryka Rzewuskiego (1839), a jej zywiol przenika tez „Pana Tadeusza”: opowiesc Gerwazego o Horeszce czy mysliwskie historie Wojskiego to gawedy w scislym sensie, wplecione w epos. Gatunek ma kilka stalych znamion. Opowiada go narrator nalezacy do swiata, o ktorym mowi. Toczy sie w trybie mowy zywej, z dygresjami, zastrzezeniami i odwolywaniami do sluchacza. Prawde zdarzen poswiadcza nie dokument, lecz pamiec ludzka, a ta bywa rozna u roznych swiadkow.
Wladyslaw Syrokomla przeniosl gawede do wiersza i rozszerzyl jej spoleczny horyzont. W utworach takich jak „Urodzony Jan Deborog”, „Kes chleba” czy „Pan Marek w piekle” obok zasciankowej szlachty pojawiaja sie chlopi, ubodzy i ludzie bez historii. Gaweda przestala byc wylacznie pamiatka stanu szlacheckiego, a stala sie forma pamieci calej okolicy. Do tej wlasnie tradycji nawiazuje „Karczma przy starym goscincu”.
II. Wladyslaw Syrokomla — lirnik swojskosci
Ludwik Kondratowicz, piszacy jako Wladyslaw Syrokomla (1823–1862), spedzil zycie na Litwie i Bialorusi, w okolicach Minska i Wilna. Sam nazywal siebie lirnikiem wioskowym. Jego poezja wyrasta z kilku przekonan. Pierwszym jest wartosc tego, co swojskie, bliskie i codzienne. Drugim jest zyczliwosc wobec zwyklego czlowieka, ktorego smiesznosci nie odbieraja mu godnosci. Trzecim jest pamiec ziemi rodzinnej, utrwalona w rzeczach, obyczajach i opowiesciach. Syrokomla laczy pogodny humor z melancholia bez patosu, a moralna wymowe osiaga bez moralizowania.
Z tej postawy pochodza najwazniejsze decyzje omawianego utworu. Narrator nie oglada karczmy z zewnatrz, lecz zna jej prog od dziecka. Bohater nie jest wzorem cnot, tylko skapym, upartym i poczciwym karczmarzem. Sensy wyrazaja sie przez przedmioty: krede, framuge, zlob, szyld i lipe, a nie przez uogolnienia o przemijaniu.
III. Adam Mickiewicz — ballada i pamiec miejsca
Druga warstwa wiersza pochodzi z „Ballad i romansow” Mickiewicza (1822). Ballada mickiewiczowska wyrasta z miejscowej legendy, jak „Switez” czy „Switezianka” zwiazane z konkretnym jeziorem. Przyznaje ludowej wierze prawo do wlasnej prawdy, a programowa „Romantycznosc” przeciwstawia „medrca szkelko i oko” temu, co czuje prosty czlowiek. Sam Mickiewicz potrafil przy tym nadac balladzie ton humorystyczny, czego najlepszym przykladem jest karczemna scena „Pani Twardowskiej”.
Z tej tradycji „Karczma przy starym goscincu” przejmuje nie fabuly ani obrazy, lecz sposob budowania legendy. Zjawisko wyrasta z historii miejsca, a nie z fantastyki. Dwa glosy okolicy, rozsadek grabarza i wiara Hanki, pozostaja nierozstrzygniete. Nadprzyrodzonosc jest sugerowana, a nie pokazywana. Karczma, podobnie jak u Mickiewicza, jest przestrzenia progu, gdzie swiat codzienny styka sie z niewidzialnym.
IV. Forma wiersza
Utwor liczy piecdziesiat jeden strof czterowersowych, razem dwiescie cztery wersy. Wszystkie sa osmiozgloskowcami, czyli miara wlasciwa piesni ludowej i opowiesci ustnej, dzieki czemu tekst mozna mowic glosno przy stole. Rymy sa krzyzowe (abab) i przwaznie zenskie, zgodnie z naturalnym akcentem polszczyzny. Ich dobor podporzadkowano zasadzie, by rym nie wymuszal slowa: tam, gdzie wers moglby sluzyc wylacznie rymowi, wprowadzono tresc rzeczowa, jak w pytaniu narratora „Krotszy o mile — to malo?”. Skladnia jest bliska mowie potocznej: urwane zdania, wtracenia w myslnikach, elipsy („Stary — nie. I lata dlugie.”) i dialog wpleciony w narracje.
V. Kompozycja
Wiersz rozwija sie w osmiu ruchach. Otwiera go obraz karczmy: strzecha, szyld, lipa, studnia, podworze. Dalej pojawia sie narrator i jego zastrzezenia co do swiadkow, potem portret Macieja. Nastepuje kronika dawnego zycia karczmy w krotkich anegdotach: klotnia przy piecu, szlachcic z herbem, furman, panna mloda, ksiadz z wiatykiem, dziecko patrzace na konie, milczacy zolnierz. Czwarty ruch przynosi slad wielkiej historii, czyli kule z roku 1863. Piaty to upadek: nowy trakt, pustoszejaca izba, list corki i upor Macieja. Szosty, punkt zwrotny, to noc z gosciem i odsloniecie historii Jana. Siodmy to nierozstrzygniete zjawisko w stajni i na ganku. Ostatni ruch przynosi rozwiazanie i epilog: zamkniecie karczmy, niedzielne powroty, smierc Macieja i obecnosc narratora, ktory sam przejmuje jego czekanie.
Kompozycja jest kolista. Slad kopyt z czwartej strofy wraca w ostatnim wersie, lecz z nowym znaczeniem. Na poczatku jest zwyklym sladem w blocie podworza, na koncu staje sie znakiem, ze ktos jeszcze sie tu zatrzymuje.
VI. Maciej — bohater bez pomnika
Maciej jest zbudowany z drobnych przywar. Pisze dlugi kreda na framudze, przechwala sie generalem, ktory „z kazdym razem” jest kim innym, a klotnie dwoch gospodarzy rozstrzyga, doliczajac obu za lawe. Jego wartosc odslania sie w gestach, ktore przecza skapstwu. Daje darmo beczke na wesele, nie bierze zaplaty od ksiedza jadacego z Panem Bogiem („Od Boga nie moge...”), przyjmuje goscia mimo zamkniecia. Na koncu odmawia zaplaty slowami: „Jan zaplacil. Tak ja sadze”.
To zdanie jest punktem dojscia calej postaci. Czlowiek, ktory przez zycie liczyl cudze naleznosci, uznaje dlug, ktorego nie da sie zapisac kreda: dlug wobec zmarlyego, ktorego pamiec przechowalo jego miejsce. Nawet odchodzac, Maciej zabiera z karczmy grudke kredy obok kuli. Pozostaje soba, a humor tego gestu nie odbiera mu powagi.
VII. Rzeczy, ktore pamietaja
Przedmioty w wierszu nie sa dekoracja, lecz nosnikami sensu, ktore wracaja i zmieniaja znaczenie. Kreda jest najpierw narzedziem skapstwa, a w finale znakiem wiernosci sobie. Napis „Jan” na belce oglada milczacy zolnierz, potem rozpoznaje go nocny gosc, a w koncu pod nim Maciej chowa klucz. Kula z zoltej gliny jest milczacym swiadkiem historii („Kula nie powie nic swego”). Lipa towarzyszy calej opowiesci: rozklada rece jak baba, szumi przy niedzielnym czekaniu, ugina sie w nocy i kapie w ostatniej strofie. Kon przechodzi od chlopiecego zachwytu narratora, przez legende gniadego, ktory czekal, po furmanke bez koni i slad kopyt przed progiem.
VIII. Tajemnica nierozstrzygnieta
Scena nocna zostala zbudowana z samych mozliwosci. W stajni slychac halas „jak dwa konie. Albo prawie”. Barlog jest przygnieciony, „jakby cos przed chwila stalo”, owies w zlobie ruszony, ale zaraz pada zdanie: „Albo mu sie przywidzialo”. Na ganku slychac kroki, lecz pod podniesiona latarnia jest pusto, a lipa sie ugina. Kazdy z tych znakow ma wytlumaczenie naturalne: niepokoj klaczy, wiatr, starosc, deszcz. Zadne wytlumaczenie nie znosi jednak calosci. Podobnie dzieje sie w legendzie o furmance „bez koni”: grabarz mowi „Wiatr. Nie sluchac”, a Hanka sie zegna. Wiersz nie rozstrzyga tego sporu, bo jego przedmiotem nie jest duch, lecz sposob, w jaki ludzie zapamietuja miejsca przez opowiesc.
IX. Wielka historia w malym sladzie
Powstanie styczniowe obecne jest w wierszu wylacznie przez rzeczy i ludzkie gesty. Sa to imie i rok wyciete nozem w mlodej rece, olowiana kula wykopana przy dyniach, milczacy brat przychodzacy co roku na Zaduszki, kon pozostawiony w stajni i slowa „Wroce rano”. Formula „szedl w las z chlopakami” oddaje jezyk, ktorym o partyzantce mowiono na Litwie i Bialorusi. Wiersz nie zawiera wykladu ani apostrofy. Wielka historia jest tu tym, co reka czlowieka przypadkiem wydobywa z ziemi.
X. Duchowosc i humor
Wiara w utworze jest przezywana, nie komentowana. Pozdrowienie „Pochwalony” i odpowiedz „Na wieki”, ksiadz z wiatykiem, „Wieczny odpoczynek” zmowiony w blocie za Jana, za podroznych i za sama karczme, niedzielna suma, krzyz na grobie i dzwon z oddali to elementy codziennego zycia okolicy.
Humor wiersza slabnie razem z zyciem karczmy. Poki izba jest pelna, jest w niej gwar anegdot o szlachcicu, furmanie i generale. Gdy karczma pustoszeje, humor staje sie rzadki i suchy, bliski bolu: „Psa bym na lawie polozyl”, „Jedno. Westchnal. Potem drugie”, „Uczciwszy niz pol powiatu”. Ta zmiana tonu nie jest nierownoscia, lecz forma samej fabuly.
XI. Sens i oryginalnosc utworu
Wiersz jest opowiescia o tym, co zostaje po miejscu, kiedy przestaja do niego przychodzic ludzie. Odpowiedz nie jest abstrakcyjna. Zostaje pamiec przeniesiona z czlowieka na czlowieka: z zolnierza na jego syna, z syna na Macieja, z Macieja na narratora, ktory na koniec siada na zapadlym ganku i czeka „jak on, na furmanke”. Karczma umiera jako budynek, ale trwa jako miejsce opowiesci.
Oryginalnosc utworu polega na tym, ze nie nasladuje on zadnego konkretnego tekstu Syrokomli ani Mickiewicza. Korzysta z ich poetyk jak z zywego jezyka. Od Syrokomli bierze swojskosc, gawedziarski glos, zyczliwosc dla bohatera i przedmiotowosc obrazu. Od Mickiewicza bierze przekonanie, ze lokalna legenda ma wlasna prawde, i umiejetnosc zawieszenia czytelnika miedzy rozsadkiem a wiara. Calosc jest jednak wspolczesnym utworem o wlasnej tematyce: o lojalnosci wobec miejsca, ktorego racja bytu przeminala, i o dlugu pamieci, ktorego nie da sie splacic ani zapisac.
Slowniczek
barlog — sloma lub siano podsadzone zwierzeciu w boksie
gosciniec — dawna glowna droga, trakt laczacy miejscowosci
luczyna — drzazgi smolnego drewna, palone dla swiatla
popas — postoj w podrozy dla odpoczynku i nakarmienia koni
stypa — poczestunek po pogrzebie
suma — glowna, uroczysta msza niedzielna
szynek — karczma, gospoda
Zaduszki — Dzien Zaduszny, 2 listopada, wspomnienie wszystkich zmarlych
jechac z Panem Bogiem — o ksiedzu wiozacym Najswietszy Sakrament choremu (wiatyk)
Lech — legendarny praojciec Polakow; szlachta lubila wywodzic od niego swe herby
Daniil Lazko
Tuapse, 2 pazdziernika 2026
Карчма пры старым гасцінцы
Karcma pry starym hascincy
Корчма у старого большака
Поэтические переводы: белорусский (кириллица и латиница), русский
с комментарием о переводах и стиле оригинала
Даниил Лазько · Daniil Lazko
Туапсе, 2 октября 2026
;
;
Карчма пры старым гасцінцы
гавэнда
аўтарскі пераклад з польскай
Дзе стары гасцінец гнецца
Паміж млынам і касцёлам,
Ёсць карчма. Ганак трасецца,
Страха над зморшчаным чолам.
Шыльда — ветрам абляцела:
Куфаль, конь, а ніжэй — словы.
Што пісаў той пэндзаль белы,
Дождж з'еў. Засталась палова.
Пры паркане ліпа-баба
Рукі важка раскладае;
За вуглом — студня, дзе жаба
Сядзіць, болей не жадае.
А падворак — гразь ды сена,
След капытоў, каляіны;
Мокрым дрэвам пахнуць сцены,
А вечарам — дым з лучыны.
Знаю я карчму з маленства,
Бегаў босы тут за татам;
Што не з вачэй — то з суседства:
Бабін гоман над варштатам.
Як было — не дам прысягі;
Кожны дні лічыць іначай:
Грабар — гады з метрык, з кнігі,
Ганка — вяселлі ды плачы.
А Мацей — каржак, і сівы,
З носам, як спелая сліва,
Упарты, а ўсё ж зычлівы,
Скупы — ну, гэта не дзіва.
Даўгі крэйдай на падвоі
Рыскі, крыжыкі пісаў ён;
Дождж зліў крэйду, а чужое
Лічыў далей — нават з лаем.
Пахваляўся ён і часам:
Генерал, маўляў, у сенях
Піў — а які, з кожным разам
У Мацея быў адменны.
Тут былі сваты і сваркі,
Тут з могілак — на памінкі,
З места — навіны і чаркі,
Конь пад ліпай — на хвілінкі.
Раз, кажуць, два гаспадары,
Якуб з Сымонам, ля печы
Грызліся за жар у твары,
Як тыя паслы на вечы.
Мацей доўга слухаў. Потым
Кожнаму дапісаў лаву;
Заплаціўшы без ахвоты,
Клялі згодна і ласкава.
Бываў шляхціц Рымша з броду,
Пан на карове ды ўзгорку;
Герб — ад Лехавага роду,
Доўг — на дзвярах, на падворку.
Як Мацей паказаў рыскі,
Рымша вус крутнуў угору:
«Мой герб — пад Венай! Не нізкі!» —
І па куфаль зноў — без спору.
Фурман Ігнат, торг абмыўшы,
Спаў на стале, як у стозе,
Пугу на карку скруціўшы,
Праз сон: «Но, гняды, ў дарозе!»
Тут праязджала да шлюбу
Зоська з млына, ўся ў вяночку;
Мацей — ці то не з рахубы —
Выкаціў дарма ім бочку.
Ксёндз, як ехаў з Панам Богам
Да хворага ў ноч ці ў слоту,
Стаў толькі перад парогам,
Каб коням даць вады. Потым —
І — далей у ноч, па лужах.
А Мацей, скупы да косці:
«Ад Бога браць не магу ж я...»
Не ўпісаў; і то — без злосці.
А я, малы, ля паркана
Глядзеў на коней з надзеяй —
Мокрых з дажджу, як з туману, —
Кожнага хацеў сабе я.
Быў і жаўнер — стары, сівы,
Што штогод, як ліст спадае,
Каўнер узняўшы, маўклівы,
На лаўку ціха сядае.
П'е адзін куфаль, не болей,
Ды на бэльку пазірае:
Хлопец нейкі — сваёй воляй —
«Ян» урэзаў, год. Хто знае?
Хто быў Ян — не прызнаваўся.
Мацей пытаўся часамі.
Ажно ліст, як штогод, рваўся,
Стары — не. І так — гадамі.
Мацей, капаючы градку
За стайняй, у гліне кулю
Знайшоў — свінец; цёр спачатку,
Важыў на далоні чула.
«Гэта — казаў — ад паўстання,
З шэсцьдзесят трэцяга году».
Хто праверыць? Ні прызнання...
Куля — ні слова, ні роду.
Потым — што мусіла — стала:
Новы тракт — просты, каменны —
На вярсту карацей — мала?
Наш застаўся — збоку, сонны.
Фурманкі — новай дарогай,
Проста, мостам, без прыпынку;
Мацей чакаў за парогам
Штодня — ад самага ранку.
Хата стыла; лава — ў трэсках;
Шыльда — крыва, як ад страху;
Мыш — і тая ў пералесках;
Шлях у траве — і ні знаку.
Дачка з мястэчка пісала:
«Татка, кіньце ўсё старое!
Хата ў нас ёсць, хоць і мала,
Кут ваш чакае ў пакоі».
Мацей: «Шлях яшчэ нам вернуць.
Мост паводка ўвесну зніме,
Шашу ў багну перавернуць —
А тады — хто іх, хто прыме?»
Кожны ведаў: не закруціш
Ні дарогі, ані рэчкі;
Ды старога хто засмуціць?
«Шкада...» — ківалі ля печкі.
Аж раз, позна, ў вечар слотны,
Як дождж біў у дах з наскокам,
Стук у дзверы. Госць самотны;
Кабыла зыркае вокам.
«Зачынена!» — крык, што сілы,
Ды дзверы ўміг адчыніў ён:
«Ноч такая — Божа мілы —
Пса б на лаве палажыў я».
Госць — немалады, ў сурдуце;
Ад парога: «Пахвалёны».
Вада сцякала па боце.
«На векі», — буркнуў, здзіўлёны.
Мацей падкінуў палена —
Адно. Ўздыхнуў. І другое.
Хлеб паставіў, сыр, смятану
І — рэдкасць! — не ў доўг: дармое.
Госць еў, а потым у змроку
Бэльку ўгледзеў над дзвярыма:
«Ян... Урэзаны ў тым року,
Як ішоў у лес з хлапцамі.
Пакінуў тут каня ў стайні —
Гнядога: „Вярнуся заўтра”.
Вечар быў яму астатні.
Конь чакаў доўга — мо й праўда.
Бацька, брат яго, штогоду
Тут быў на Дзяды-памінкі».
Мацей маўчаў доўга ў змроку,
Зграбаў у жменю дробінкі.
«То ж ён!.. Піва — адно. Сівы...
І ні слоўка — лета ў лета!
Але плаціў. Справядлівы.
Сумленней за паўпавета».
За поўнач — жар дагарае,
А госць спіць ужо на лаве;
Мацей чуе: ў стайні грае —
Нібы два кані. Ці ў яве?
Узяў ліхтар і, хоць босы,
Пайшоў па гразкім падворку.
Кабыла ўсё глядзіць скоса
Ў жолаб пусты — вушы ўгору.
Ў стойле — салома пагнута,
Быццам штосьці тут стаяла,
Авёс у яслях — крануты...
Ці то вока ашукала.
Вярнуўся — на ганку крокі.
Раз і два. Рыпнула дошка.
Ліхтар падняў ён высока —
Пуста. Ліпа гнецца трошкі.
Мацей, стоячы ў балоце,
Шаптаў «Вечны адпачынак»
За Яна, за тых, што ў слоце
Сталі тут. І за прыпынак.
Госць ранкам плаціць у хаце.
Мацей глядзіць, не кранецца...
«Схавайце, — кажа, — іх, браце.
Ян заплаціў, мне здаецца».
Праз тыдзень Мацей, замкнуўшы
Карчму, глянуў у акошка;
Ключ — пад «Яна»; і, ўздыхнуўшы,
Узяў кулю й крэйды крошку.
Ды штонядзелю па суме
Йшоў старым шляхам ля гаю,
Сядаў пад ліпай — і ў шуме
Чакаў — каго, сам не знаю.
Кажуць: тут, як ноч глухая,
Чутна фурманку — без коней.
Грабар: «Вецер», — і махае.
Ганка ж — крыж кладзе далоняй.
Мацей ужо спачывае
На могілках, пад рабінай;
Крыж — просты, як выпадае,
Вянок з сухім размарынам.
Карчма ж стаіць, як стаяла,
Шыльда ў крапіве знікае;
Ліпа над ёй — уся цэла,
Ў студні вада ўсё жывая.
Захаджу туды я часам,
Сяду на запалым ганку
І, хоць без каня, папасам
Чакаю, як ён, фурманку.
Тут не ездзяць — ну і з Богам.
Ліпа капле. Звон — у далі.
След капытоў — пад парогам,
Нібы яшчэ тут стаялі.
Даниил Лазько
;
;
Корчма у старого большака
гавенда
авторский перевод с польского
Где большак старинный вьётся
Возле мельницы и храма,
Есть корчма; крыльцо сдаётся,
Кровля хмурится упрямо.
Вывеска над входом — блёкла:
Кружка, конь, внизу — два слова.
Что писала кисть — размокло,
Дождь доел: из двух — полслова.
Липа у плетня, как баба,
Руки разбросала вольно;
За углом — колодец; жаба
В нём сидит — и ей довольно.
Двор — то грязь, то клочья сена,
След копыт, колёс ложбины;
Мокрым тёсом пахнут стены,
А под вечер — дым лучины.
Я корчму с пелёнок знаю,
Бегал здесь босым, без цели;
Что не сам — не утверждаю:
Бабьи толки у кудели.
Как там было — без присяги;
Счёт у каждого иначе:
Гробовщик — года с бумаги,
Ганка — свадьбами да плачем.
А Мацей — седой, кряжистый,
Нос — как слива перезрела,
Норов крут, а сердцем — чистый,
А скупой — ну... было дело.
На косяк долги, бывало,
Мелом вёл — штрихом, крестами;
Дождь смывал — да толку мало:
Помнил — и держал зубами.
Похвалялся он рассказом,
Что поил он генерала;
А какого — с каждым разом
Выходило как попало.
Тут и сватали, судили,
Шли с погоста на поминки,
Вести с города носили,
Кони — к липе, по старинке.
Раз — так ходит небылица —
Куба с Шимеком у печи
Грызлись — кто погреет лица, —
Словно два посла на вече.
Слушал долго. А потом он
Приписал за лавку плату;
Оба, расплатясь со стоном,
Обругали — в лад, как брата.
Был тут шляхтич Рымша с броду,
Пан коровы и пригорка;
Герб — от Лехова же роду,
Долг — с порога до задворка.
Ткнёт Мацей в штрихи, в расчёты —
Рымша ус закрутит лихо:
«Герб мой Вену брал! Ну, что ты!» —
И — за кружкой снова, тихо.
Возчик Игнась, сбыв подпругу,
На столе, как в стоге, спал он,
Кнут обвив вкруг шеи туго;
«Но, гнедой!» — во сне кричал он.
Здесь венчаться проезжала
Зоська, мельникова дочка;
А Мацей — с расчёта, мало ль, —
Выкатил бесплатно бочку.
Ксёндз, когда с Дарами ехал
К хворому — в ночь, в непогоду, —
Тут лишь — сбруи звяк под стрехой —
Даст коням попить — и с ходу
Дальше — в ночь, в дорогу, в слякоть.
А Мацей, скупой до кости, —
«С Бога брать — уж лучше плакать», —
Долг не вписывал, без злости.
Я ж, малец, торчал у тына,
Всё глядел на лошадей я —
Как дымятся в мыле спины —
И любого б взял себе я.
Был и некий старый воин:
Раз в году, как лист слетает,
Сядет — ворот вверх, спокоен —
И ни слова не роняет.
Кружку пьёт — одну, не боле,
Смотрит в балку над дверями:
Кто-то юный, перед полем,
«Ян» прорезал, год — зубцами.
Кто был Ян — о том ни слова.
Уж Мацей пытал — без толку.
Лист, как прежде, падал снова;
Старый — нет. И так — подолгу.
Раз Мацей, копая грядку
За конюшней, в жёлтой глине
Пулю вынул — и с оглядкой
Взвесил: на ладони стынет.
«От лесных, — твердил он, — это,
С тех, январских, от восстанья».
Кто проверит? Сколько лет-то!..
Пуля — ни словца признанья.
Тут пришло, чему быть надо:
Новый тракт — прямой, мощёный —
Ближе на версту! Не рады?
Наш — в сторонке, полусонный.
Фуры прямиком катили
Через мост, без остановки;
А Мацей с утра, как было,
Ждал гостей к себе — к ночёвке.
Хата стыла. Лавка — в щелях.
Вывеска — как хвост собаки.
Мышь — и та живёт уж в елях.
Шлях зарос травой — ни знака.
Дочь писала из местечка:
«Тятя, бросьте вы пустое!
Хоть мала изба, а — печка,
И ваш угол ждёт — в покое».
А Мацей: «Вернётся тракт-то!
Мост весной вода размоет,
Новый — в топь уйдёт. Вот так-то!
А тогда — их кто укроет?»
Знал любой: не повернётся
Ни река, ни путь обратно;
Огорчить — да кто ж найдётся?
«Жаль», — кивали, — «жаль... и ладно».
Раз, в ненастный поздний вечер,
Дождь лупил, как цеп, по крыше —
Стук. Чужой — согнуты плечи;
А за ним кобыла дышит.
«Заперто!» — орал что силы,
Дверь тотчас же отворил он:
«В ночь такую — Боже милый —
Пса б на лавку уложил я».
Гость — в летах. С порога: «Слава
Иисусу!» — сам промокший.
Тот, смутясь: «Вовеки... право».
Сюртучок — и тот продрогший.
Бросил в печь Мацей полено —
Лишь одно. Вздохнул. Второе.
Хлеб, сметану, сыр — степенно,
Даром — дело-то какое!
Гость поел и, в полумраке,
Глянул в балку над дверями:
«Ян. Он резал — перед дракой,
Как ушёл он в лес с парнями.
Он гнедого тут, в конюшне,
Ставил: „Утром ворочусь я”.
Не вернулся. И послушно
Конь всё ждал — молвы держусь я.
Брат его, отец мой, всякий
Год сюда, в Дзяды, бывал он».
А Мацей молчал во мраке,
Хлеба крошки в горсть сгребал он.
«Он!.. Одна лишь кружка. Сивый...
И ни слова — лето в лето!
Но платил. Был справедливый.
Чище всех — на пол-повета».
Ночью — угли догорали,
Гость уснул — и спал прилично;
Мнится старику: стучали —
Будто два коня. Почти что.
Взял фонарь и, как был, босый,
Через двор пошёл — по броду.
Кобылица смотрит косо,
Уши вверх — к пустой колоде.
В стойле — сенник весь примятый,
Будто что-то здесь стояло,
И овёс — как бы початый...
Иль ему так показалось.
Шёл назад — шаги... ступени.
Раз, другой. Доска — со скрипом.
Свет — повыше: только тени.
Пусто. Лишь качнулась липа.
И Мацей, в грязи, у входа,
Прошептал «Покой им вечный» —
Яну, всем, кто в непогоду
Тут стоял. Корчме — конечно.
Утром гость — платить. Мацей же
Долго деньги взглядом мерил:
«Спрячьте, — молвил, — брат, скорей же.
Ян уж заплатил, я верю».
Чрез неделю запер сени
На замок — тяжёлый, рыжий;
Ключ — под «Яна». Вздох. Ступени.
Пулю, мел — да к сердцу ближе.
Но по праздникам, с обедни,
Шёл он трактом — сквозь болото;
Сядет на крыльце переднем,
Ждёт под липою кого-то.
Говорят: глухою ночью
Слышен воз — да без лошадки.
Гробовщик: «То ветер, впрочем...»
Ганка ж крестится украдкой.
Нет теперь Мацея. Спит он
На погосте, за плотиной;
Крест — простой, как надо, сбит он,
Да венок из розмарина.
А корчма стоит, как прежде,
Только вывеска — в крапиве;
Липа — в той же всё одежде,
Да колодец жив — на диво.
Я туда хожу порою,
Сяду на крыльцо к заходу
И, хоть без коня, постоем
Жду, как он, к себе подводу.
Здесь не ездят — ну и с Богом.
Липа каплет. Звон — из дали.
След подков — под тем порогом,
Будто здесь ещё пристали.
Даниил Лазько
;
О переводах и о стиле
комментарий переводчика
Об оригинале: стиль Сырокомли и Мицкевича
«Karczma przy starym goscincu» написана как гавенда — стихотворный рассказ, который ведёт местный житель, лично знающий место и людей. Основу стиля составляет поэтика Владислава Сырокомли (Людвика Кондратовича, 1823–1862), «деревенского лирника»: «свойскость», то есть доверие к близкому и обыденному, добродушный юмор, меланхолия без пафоса, уважение к простому человеку, чьи слабости не отнимают у него достоинства. Смысл несут вещи: мел на косяке, кружка, ясли, вывеска, липа. Второй слой даёт ранняя балладная поэтика Адама Мицкевича: местная легенда со своей правдой, спор рассудка и веры, тайна, которую текст оставляет нерешённой.
Оригинал написан польским силлабическим восьмисложником с женскими клаузулами и перекрёстной рифмовкой (abab), 51 строфа, 204 строки. Этот размер связан с народной песней и устным рассказом: текст можно произносить вслух за столом. Перед каждым из переводов стояла одна задача: сохранить голос рассказчика, систему сквозных предметов и неразрешённость ночной сцены, найдя каждому из этих элементов естественную форму в другом языке.
Белорусский перевод
Белорусский текст сохраняет размер оригинала: восемь слогов в каждой строке, обязательную женскую клаузулу и рифмовку abab. Внутри строки ударения свободны, с хореической тенденцией. Белорусская поэзия по природе силлаботоническая, но строгий хорей на двухстах строках потребовал бы постоянных уступок в лексике. Силлабический восьмисложник ближе к польскому источнику и к устной интонации гавенды. Число слогов выверено во всех 204 строках.
Лексика сознательно окрашена западнобелорусской и разговорной речью конца XIX века: «у тым року», «места», «астатні» в значении «последний», «засталась», «палажыў». Формула «конь грае» взята из народной песни. Этот колорит не декоративен: он помещает рассказчика туда, где действие и происходит, — в Понеманье и Северо-Западный край, где польская, белорусская и литовская речь жили рядом.
Главное приобретение перевода — Дзяды. Польские Задушки переданы белорусским названием осеннего поминального обряда. Тем самым возникает прямая связь с «Дзядами» Мицкевича, выросшими из этого народного обряда, и мицкевичевский слой в белорусской версии становится глубже, чем в польской. Другие приобретения: рифма «па суме / у шуме» сохранена дословно; «прыпынак» (место остановки) стал смысловым узлом, так что Мацей молится за то самое, чего лишила его новая дорога; «Ні прызнання» связывает молчание пули с молчанием старого солдата; весенний паводок, сносящий мост, — типичное бедствие понеманских рек.
Неустранимые потери: польская двусмысленность «pokoj» (комната и покой) белорусским «пакой» не передаётся; кольцевая перекличка с мельницей уступила место рябине над могилой; ржавый замок заменён прощальным взглядом в окошко; эвфемизм «od tamtych z lasu» сохранён лишь в одном из двух мест.
Белорусская латиница (lacinka)
Белорусская латиница — живая часть истории белорусской письменности XIX — начала XX века. Ею пользовался Винцент Дунин-Марцинкевич, принадлежавший к тому же виленскому литературному кругу, что и Сырокомля; ему же принадлежит белорусский перевод первой книги «Пана Тадеуша» (1859). Латиницей написана «Dudka bielaruskaja» Франтишка Богушевича, а газета «Nasa Niva» в первые годы выходила в двух графиках. Поэтому латинская версия здесь не техническое приложение, а возвращение текста в ту графическую среду, где жила белорусская словесность эпохи Сырокомли и Мицкевича.
Транслитерация выполнена программно по правилам классической lacinki. Соответствия приведены в таблице ниже. Исходный кириллический текст записан по действующей норме, а в латинице отмечена и ассимилятивная мягкость (сц ; ;;, зл ; ;l, дзв ; d;v), как принято в классической латинке. Отсюда написания «hasciniec», «sliva», «dzviery», «zdziulony».
Кириллица Латиница Кириллица Латиница
г h ш ;
х ch ч ;
ў ; ц c
ж ; дз / дж dz / d;
л (твёрдое) ; ль, л + е, ё, ю, я, і l
е, ё, ю, я после согласного ie, io, iu, ia е, ё, ю, я в начале, после гласного, ь, апострофа je, jo, ju, ja
сь, зь, ць, нь, дзь ;, ;, ;, ;, d; апостроф j
ы y э e
Русский перевод
Русский перевод написан четырёхстопным хореем с женскими клаузулами. Это естественный русский эквивалент польского восьмисложника: те же восемь слогов, но в русской силлаботонической системе. Ударения во всех 204 строках выверены: сильные места только нечётные, клаузульное ударение на седьмом слоге. Метрические отступления не допускались.
Русская версия ищет не буквальных соответствий, а русскую поговорочную и рассказную интонацию: «Помнил — и держал зубами», «Вывеска — как хвост собаки», «Мышь — и та живёт уж в елях», «Обругали — в лад, как брата». Её главное приобретение — слово «покой», где сохранились оба значения польского «pokoj»: и тишина, и устаревшее «комната». Мельничная плотина у кладбища замыкает кольцо с мельницей первой строфы. Финальное «пристали» несёт старое значение остановки на постоялом дворе и точно отвечает польскому «przystali». Католическое приветствие «Слава Иисусу!» с ответом «Вовеки» сохранено полностью.
Потери русского перевода: свадебный веночек Зоськи, эпитет «сухой» у розмарина, шум липы и «не знаю» рассказчика в воскресной строфе (незнание передано косвенно, словом «кого-то»), осевшее крыльцо. Шутка Рымши стала активнее («Герб мой Вену брал!»), но смысл шляхетской похвальбы остался прежним.
Три версии
Каждая версия по-своему решает одну и ту же задачу. Польский оригинал опирается на гавенду Сырокомли и балладу Мицкевича. Белорусский перевод возвращает текст в культурную среду, где эта поэтика родилась, и выигрывает от Дзядов, местной лексики и близости к силлабике оригинала. Русский перевод строже по метру и богаче поговорочной интонацией, но дальше отходит от отдельных образов. Во всех трёх сохранено главное: рассказчик, который знает порог, лавку, колодец и дорогу; Мацей, смешной и достойный одновременно; ночная сцена, которую можно прочесть и как обычную ночь, и как правду местной легенды; и финальный след подков у порога, по которому видно, что место живёт, пока его помнят.
Даниил Лазько
Туапсе, 2 октября 2026
Свидетельство о публикации №126100205764