Stary sad i drzewo rodzinne

(Текст на польском языке предоставлен без диакритических знаков из-за технических ограничений платформы)

Stary sad i drzewo rodzinne 
Daniil Lazko 

Przyszedlem od strony drogi, bo furtki juz nie ma, 
tylko dwa slupki z betonu i drut, ktory wrosl w trawe. 
Pokrzywy do pasa tam, gdzie byla grzadka z cebula. 
Ktos kosi za miedza, szczeka pies, przejezdza autobus.

Grusza stoi tam, gdzie stala. Myslalem, 
ze bedzie mniejsza. Jest wieksza, 
pochylona ku wschodowi, jakby przez sto lat 
cos ja lagodnie, ale stale pchalo w jedna strone. 
Kora pekka w grube plyty, szare z wierzchu, 
w szczelinach rdzawe, i od strony studni 
ciagnie sie blizna po galezi, ktora piorun 
albo snieg — nikt juz nie powie — urwal przed moim urodzeniem. 
Brzegi blizny zawinely sie do srodka, jak wargi.

W trawie gruszki. Drobne, twarde, z czerwonym policzkiem. 
Babka nazywala je bergamotkami, choc pewnie 
mialy inna nazwe, w katalogu, ktorego nikt nie czytal. 
Osy juz przy nich pracuja. Podnosze jedna, 
jest ciepla od slonca, z jednej strony zgnila.

Na wysokosci mojego ramienia gwozdz. 
Kiedys — mojej glowy. Wisiala na nim 
konewka, a w sierpniu oselka na sznurku, 
i dziadek Jozef ostrzyl kose na pniaku, 
po ktorym nie ma sladu. Pamietam dzwiek, nie twarz, 
pamietam palec owiniety szmatka.

Z domu zostaly kamienie podmurowki, 
polne, dopasowane jeden do drugiego bez zaprawy, 
i prog, plaski, wytarty posrodku. 
Stanalem na nim, bo tak sie wchodzilo. 
Za progiem rosnie dziki bez.

Jest zdjecie: piec osob pod ta grusza, rok 
napisany olowkiem na odwrocie i cztery imiona. 
Piatej osoby, chlopca w za duzej czapce, 
nikt nie podpisal. Matka mowila, ze to brat babki, 
ktory wyjechal. Dokad — mowila roznie. 
Raz, ze do Francji, raz, ze po prostu wyjechal, 
i zmieniala temat, i dolewala herbaty.

Pod pniem, od strony drogi, wyrosl odrost, 
prosty i gladki, z liscmi jasniejszymi niz w gorze. 
Ktos by go przycial. Dziadek by go przycial, 
bo zabiera soki. Ja nie wiem, czy zabiera, 
nie wiem, czy to jeszcze ta sama grusza, 
czy juz inna, ktora tylko korzysta z jej korzeni, 
tak jak ja korzystam z jej cienia, nie pytajac, 
kto ja tu zasadzil i czy przewidzial mnie.

W czwartej klasie narysowalem w zeszycie drzewo 
z dziadkami w pniu i soba na samej gorze. A tu 
wszyscy, ktorych znalem, byli na dole, 
na wysokosci reki, kosy, konewki, 
a w gorze tylko galezie, na ktore nikt nie wchodzil, 
odkad z nich zszedlem. I owoce, 
ktorych nie dosiegal nikt, wiec spadaly same.

Gdyby ktos zrobil mi teraz zdjecie pod ta grusza, 
kto napisalby olowkiem rok na odwrocie 
i komu by je pokazal, mowiac: ten tutaj 
przyjechal na dwie godziny i odjechal?

Zbieram kilka do torby. 
Wiatr przechodzi gora, nie ruszajac odrostu, 
i w trawe stuka jedna gruszka, potem druga, 
a ja, nie odwracajac sie, licze, 
ile ich spadnie, zanim dojde do drogi. 
Tuapse, 1 pazdziernika 2026

Analiza literacka 
„Stary sad i drzewo rodzinne” to medytacja pierwszoosobowa w szescdziesieciu wersach wolnych, ulozonych w dziesiec strof o nierownej dlugosci. Wiersz nie ma regularnego metrum ani rymu; jego rytm wyznacza skladnia mowiecego, ktory idzie przez sad i nazywa po kolei to, co widzi. Nastepstwo strof odpowiada nastepstwu spojrzen: droga i resztki ogrodzenia, grusza, owoce w trawie, gwozdz w pniu, kamienie podmurowki i prog, fotografia, odrost, wspomnienie szkolnego rysunku, pytanie o przyszle zdjecie, wreszcie odejscie. Refleksja nie jest doklejona do opisu — wyrasta z niego tak, jak odrost wyrasta spod pnia. 
Grusza wchodzi do wiersza jako konkretny organizm: pochylona ku wschodowi, z kora pekajaca w plyty, z blizna po urwanej galezi, o brzegach zawinietych do srodka. Przez kilka strof nie pada ani jedno zdanie, ktore czyniloby z niej symbol. Pierwszym sygnalem czasu jest odwrocone oczekiwanie: mowacy sadzil, ze drzewo okaze sie mniejsze, a jest wieksze. Miejsca dziecinstwa zwykle maleja w oczach doroslego; tu uroslo to, co trwa dluzej od czlowieka. 
Gwozdz wbity w pien na wysokosci ramienia, a kiedys glowy, mierzy uplyw zycia bez jednego slowa o czasie. Wisiala na nim konewka, a w sierpniu oselka — sprzety pracy, nie pamiatki. Dziadek Jozef pojawia sie w jednej tylko czynnosci, a pamiec mowiecego jest wybiurcza i uczciwa: zachowal sie dzwiek ostrzenia i palec owiniety szmatka, nie zachowala sie twarz. Podobnie dziala ocalaly prog: mowacy staje na nim, „bo tak sie wchodzilo”. Gest przetrwal dom, do ktorego prowadzil. 
Wiek dwudziesty obecny jest w utworze przez jedna fotografie. Piec osob pod grusza, cztery imiona na odwrocie; piata osoba, chlopiec w za duzej czapce, pozostaje niepodpisana. Matka mowila, ze to brat babki, ktory wyjechal — raz do Francji, raz „po prostu”. Wiersz nie wymienia wojny, emigracji ani przesiedlenia; zostawia luke w podpisie i gest kobiety, ktora zmienia temat i dolewa herbaty. Rodzinne milczenie jest tu faktem, nie zarzutem. 
W strofie siodmej pojawia sie odrost — szczegol botaniczny, ktory dopiero tutaj zaczyna nabierac drugiego znaczenia. Mowacy nie wie, czy ped zabiera drzewu soki, ani czy jest jeszcze ta sama grusza, czy juz innym drzewem, korzystajacym z cudzych korzeni. Pytanie o ciaglosc rodu zostaje postawione w jezyku sadownika, nie genealoga. Strofa osma przywoluje szkolny rysunek drzewa z dziadkami w pniu i dzieckiem na szczycie, a nastepnie zderza go z rzeczywistoscia sadu: wszyscy, ktorych mowacy znal, zyli na wysokosci reki, kosy i konewki, korona zas stoi pusta. Do korony wchodzil tylko on, a odkad z niej zszedl — nikt. Czasownik „zszedlem” niesie podwojne znaczenie: zejscie z drzewa jest zarazem odejsciem z tego miejsca. 
Strofa dziewiata domyka motyw fotografii i stawia mowiecego w miejscu niepodpisanego chlopca. Pytanie, kto opisalby olowkiem zdjecie zrobione dzis pod ta grusza i komu by je pokazal, zastepuje deklaracje o przynaleznosci. Slowa „przyjechal na dwie godziny i odjechal” odpowiadaja wczesniejszemu „wyjechal” brata babki. Lancuch czasownikow ruchu — wchodzic, zejsc, wyjechac, odjechac — okazuje sie w wierszu wlasciwa genealogia. 
Ostatnia strofa wraca do konkretu. Mowacy zbiera kilka gruszek, nie tlumaczac po co. Wiatr porusza korona, nie ruszajac odrostu; owoce spadaja w trawe, a idacy, nie odwracajac sie, liczy je sluchiem. Zakonczenie niczego nie rozstrzyga: uderzenie owocu o ziemie jest zarazem znakiem trwania drzewa i miara oddalania sie czlowieka. 
Piecikrotnie powraca w tekscie slowo „nikt”: nikt juz nie powie, co urwalo galaz; nikt nie czytal katalogu; nikt nie podpisal chlopca; nikt nie wchodzil na gorne galezie; owocow nie dosiegal nikt. Kazde wystapienie dotyczy innej warstwy nieobecnosci — swiadka, czytelnika, opisujacego, wspinajacego sie, zbierajacego — i razem skladaja sie na cichy spis czynnosci, ktorych nie ma juz kto wykonac. 

Styl Czeslawa Milosza w wierszu 
Utwor powstal w tradycji poezji Czeslawa Milosza, przede wszystkim jego poznej, medytacyjnej dykcji, w ktorej dluga, bliska prozie fraza sluzy wiernemu opisowi rzeczy i dopiero przez ten opis dochodzi do pytan ostatecznych. Dla Milosza poezja byla nade wszystko proba uchwycenia rzeczywistosci — konkretnego, zmyslowego swiata, ktory istnieje niezaleznie od czlowieka i trwa dluzej niz jego pamiec. Z tej postawy wynika podstawowa zasada omawianego wiersza: drzewo musi najpierw byc drzewem. 
Z poetyki Milosza utwor przejmuje kilka cech. Jest to wiersz wolny o sredniej dlugosci wersu, oparty na naturalnej skladni. Zamiast przymiotnikow oceniajacych pojawia sie wyliczenie przedmiotow. Mowiacy koryguje wlasne oczekiwania („Myslalem, / ze bedzie mniejsza. Jest wieksza”) i przyznaje sie do niewiedzy („nikt juz nie powie”). Pytanie metafizyczne wyrasta wprost z materii swiata i pozostaje bez rozstrzygniecia. Miloszowski jest wreszcie sam uklad sytuacyjny: dojrzaly czlowiek wraca do miejsca dziecinstwa, ktorego dawny swiat przestal istniec, choc ziemia, drzewa i kamienie pozostaly. 
Wiersz swiadomie nie nasladuje zadnego konkretnego utworu Milosza i nie zapozycza jego obrazow. Od wzoru rozni sie w kilku punktach. Nie siega po slownik teologiczny ani po wielkie nazwy historyczne; historia zostaje zredukowana do jednej niepodpisanej postaci. Brak w nim odwolan erudycyjnych, czestych u Milosza, a dystans mowiecego wobec samego siebie jest ledwie zaznaczony — w zdaniu o dwoch godzinach i w gescie liczenia spadajacych gruszek. Tradycja zostaje przyjeta jako dyscyplina widzenia, nie jako repertuar motywow. 

Sens i oryginalnosc utworu 
Pytanie, ktore lezy u podstaw wiersza — co pozostaje z czlowieka i jego rodu, gdy znikaja ludzie, domy i glosy — otrzymuje odpowiedz tylko czesciowa i materialna. Pozostaja grusza, gwozdz, prog, kamienie bez zaprawy, fotografia z czterema imionami, nazwa odmiany uzywana przez babke. Przepadaja twarz dziadka, nazwa owocu z katalogu, adres brata babki. Pamiec okazuje sie nie ciagiem, lecz zbiorem przypadkowo ocalalych szczegolow, a ciaglosc — sprawa tak samo niepewna jak to, czy odrost jest jeszcze ta sama grusza. 
O oryginalnosci utworu stanowi kilka rozwiazan wlasnych. Pierwszym jest odwrocenie metafory drzewa genealogicznego: przodkowie nie sa pniem, z ktorego wyrastaja potomni, lecz ludzmi zyjacymi przy ziemi, a korona drzewa pozostaje pusta. Drugim — przeniesienie pytania o przynaleznosc na fotografie: mowacy nie deklaruje, do czego nalezy, lecz zastanawia sie, kto podpisalby jego zdjecie, i rozpoznaje w sobie przyszla luke rodzinnej pamieci. Trzecim — zakonczenie oparte na sluchu: liczenie owocow, ktorych idacy juz nie widzi. 
Utwor pozostaje w ten sposob wierny zasadzie przedmiotowosci: znaczenie niosa rzeczy, gesty i wrazenia zmyslowe, nie sentencje. Emocja nie zostaje nazwana ani razu. Wynika z kontrastu miedzy trwaloscia drzewa a krotkoscia ludzkiego pobytu — dwoch godzin, na ktore mowacy przyjechal. 

Daniil Lazko 
Tuapse, 1 pazdziernika 2026


Рецензии