Lozowicze
Lozowicze
Gaweda organisty
Daniil Lazko
I
Nad Niemnem, przy goscincu, lipy stoja w rzedzie,
a bloto tam po osie — jak bylo, tak bedzie.
Za lipami dwor stary, Lozowicze zwany,
z tynkiem, co mu oblazi platami ze sciany.
Byl dzien pazdziernikowy. Przez okiennic szpary
wiatr chodzil po pokojach jak gospodarz stary,
a pusty woz przed gankiem stal z dyszlem w kaluzy
i nikt nie wiedzial jeszcze, komu on posluz y.
W sieni pachnialo drzewem wilgotnym i sianem,
i wrony, jak co roku, darly sie nad ranem.
Z kuchni szla won kapusty, a w salonie, z boku,
stal zegar zatrzymany ktoregos tam roku.
A ktoz to opowiada? Stary organista,
co z laski dworskiej kuchni w swieta tez korzysta.
Polowe sam widzialem, reszte — z ust Macieja,
a Maciej sie zaklinal, ze swiadkiem — aleja.
II
Pan Antoni Lozowicz, czlowiek juz niemlody,
troche dumny, a troche staroswieckiej mody,
pol dnia potrafil prawiac o herbie i rodzie,
a wieczor plot sam lata l w kapuscie, w ogrodzie.
Nad drzwiami herb wyblakly: jakis krzyz i strzala,
a reszte pamiec panska juz dorysowala.
W salonie, pod zegarem, wisial portret dziada
i patrzyl, jakby ciagle posadzal sasiada.
Z bratem mieszkala siostra, Konstancja, juz wdowa,
i to ona tu byla — trzezwa, bystra glowa.
Wiedziala, ile owies po miasteczkach chodzi
i kto z sasiadow czekac na dlug sie nie godzi.
Gdy brat o przodkach zaczal przy obiedzie prawiac,
ona — ze herbem dachu nie mozna naprawiac.
Wtedy on szedl do okna, obrazony srodze,
i patrzyl, jak wiatr wrony przegania po drodze.
W oficynie, za stajnia, zyl ekonom Maciej,
co w opowiesciach wlasnych rosl coraz bogaciej.
Znal kazda grusze w sadzie, kazdy kamien w miedzy,
lecz daty mieszal, twierdzac, ze z nadmiaru wiedzy.
Wedlug Macieja pradziad z portretu w salonie
i walczyl pod Chocimiem, przy Napoleonie,
a gdy ktos wypominal wiek, co byl pomiedzy,
mowil, ze kalendarze klamia dla pieniedzy.
A Zosia, fornalowna, po ojcu sierota,
wyrosla u nich cicho, bez szumu i zlota.
Po herbach sie nie znala, za to kon jej sluchal
i szedl za nia przez bloto, choc wiatr w polu dmuchal.
Czytala, co na strychu po zmarlych zostalo,
a tego, choc zbutwiale, bylo tam niemalo,
i chciala, rzecz to rzadka, byc nauczycielka,
co pan Antoni nazwal fanaberia wielka.
III
Az jednego wieczoru, gdy deszcz bil po dachu,
Maciej przyniosl list z miasta, zbielaly ze strachu:
ze za dlug, co od ojca rosl jak mech na plocie,
dwor caly pojdzie w sprzedaz w najblizszej sobocie.
Pan Antoni przeczytal raz, drugi i trzeci,
a potem dlugo patrzyl, jak knot w lampie swieci,
i rzekl: «Dopoki zyje, dom zostanie w rodzie»,
a siostra, nic nie mowiac, pisala w rozchodzie.
Maciej zas od wieczora do samego rana
powtarzal wciaz w czeladni, grzejac swe kolana:
«Lozowiczow ze dworu nikt nam nie wyrzuci!» —
cho c w nocy, przy liczydle, sam sie cicho smuci.
Karczmarz, jak zawsze pierwszy do wszystkich nowinek,
twierdzil, ze wszystkim dlugom winien jest sam rynek;
znal kwote i nazwisko, i dzien, i rejenta,
i co dzien co innego — bo lepiej pamieta.
Zaczeli tez sasiedzi zagladac przez ploty:
ten o sad pytal, niby bez wielkiej ochoty,
tamten o las za rzeka, trzeci — o stodole,
a kowal pytal tylko o Zosie i szkole.
Przyjechal tez i proboszcz, przemokniety caly,
wysluchal o pradziadach — co do jednej chwaly —
a potem rzekl: «A dachy? W kaplicy mi cieknie.
A herb... no tak, herb pieknie, panie drogi, pieknie».
IV
Wieczorem, przy kolacji, rzekla siostra: «Bracie,
mur nie zmarznie. A ludzie zmarzna w lichej chacie.
Kto starego Macieja przyjmie — herb czy mury?
Kto Zosie wysle w szkole — portret czy te dziury?»
A on: «Ty wszystko, siostro, liczysz jak przekupka!
Dla ciebie Lozowicze — ot, wieksza chalupka.
Tu kazdy gwozdz pamieta! Tu dziad lipy sadzil,
i stad nas, Lozowiczow, nikt nie wyprowadzil!»
Trzasnal drzwiami — az dziadek zadrzal na portrecie —
i w nocy plot naprawial, bo plot to plot, przecie.
Maciej swiecil latarnia i gadal o bitwie:
raz ja kladl pod Chocimiem, raz gdzies tu, na Litwie.
Konstancja zas tej nocy, jak mowiono potem,
szla z lojowka w ciemnosci obok brata z mlotem
i w kaplicy, gdzie kapie, kleczala w polmroku,
proszac: «Daj bratu rozum, Zosie miej na oku».
V
W sobote, zanim rejent mial zajechac z miasta
(na zegarze, jak dawniej, wciaz stala dwunasta),
Antoni poslal Zosie na strych, po papiery:
«Niech wie, z kim gada, rejent, i niech zna maniery!»
Na strychu kurz, golebie, szabla zardzewiala,
belka po dawnym ogniu — czarna, choc przetrwala —
i skrzynie po umarlych w szarej pajeczynie,
a jedna, calkiem mala, stala przy kominie.
Zosia ja otworzyla. Zlota w niej nie bylo,
ni srebra, ni pieczeci — ot, to, co przezylo:
zeszyt rachunkow, listy i pozolkle kwity,
i jeden list osobno, przez kogos ukryty.
Byl rok goraczki: w chatach, od progow po stogi,
lezaly chlopskie dzieci; doktor z Grodna — drogi.
I pan Kazimierz sprzedal laki tuz nad rzeka,
i zapisal w zeszycie: «Rachunek z apteka».
List pisal kupiec z Mira do babki Ludwiki,
ze dlug zostal splacony — bez trab, bez muzyki.
Czyj dlug? Mojego ojca. Tak, panie. Mojego.
A ojciec moj do smierci nie wiedzial niczego.
W niedziele zagral Bogu «Te Deum» na chorze
i dobrze traf il chyba — choc nie calkiem w gore.
Tyle wiem. A co Zosia — czy sie przezegnala,
czy plakala — nie zgadne: sama tam zostala.
VI
Zniosla na dol skrzyneczke, gdy miedzy lipami
rejent brnal bryczka w blocie i koleinami.
Antoni list przeczytal i schowal w kieszeni,
i stal, bez slowa, dlugo posrodku swej sieni.
Bo on wierzyl przez lata, ze laki u rzeki
przepadly za powstanie, a nie dla apteki,
i dumny byl z tej straty jak z orderu, z rany —
a tu: doktor i leki, i kwit podpisany.
Rejent wszedl, otrzepujac buty z blota w progu.
Siostra dala herbaty i konfitur z glogu.
Antoni zaczal z wolna: «Nasz herb, moj rejencie...» —
i urwal, jak woz staje w blocie na zakrecie.
Po chwili list z kieszeni wyjal i polozyl
na stole przy herbacie, jak gdyby sie trwozyl,
i rzekl siostrze: «Ty czytaj. Na glos. Ja nie umiem.
Ja tego, co tam stoi, jeszcze nie rozumiem».
Czytala. Rejent kaszlal. Maciej zgubil slowa.
Proboszcz — rozaniec w palcach i «Zdrowas» od nowa.
A ja, gdy ojca mego imie przeczytala,
to poczulem, jak czapka mi w garsciach zadrzala.
Antoni wstal i podszedl do portretu dziada,
a dziad — czy mi sie zdalo? — nie sledzil sasiada.
«Myslalem — rzekl — ze rody mierzy sie morgami,
a mierzy sie je, widze, takimi kwitami».
A potem list mi podal: «Wezcie. To jest wasze.
A to — tu stuknal w zeszyt — to jest nasze, nasze».
Tej nocy z siostra liczyl — pierwszy raz bez klotni,
choc, jak to przy rachunkach, byli troche smutni.
VII
Wiec poszedl las za rzeka, sad — temu, co gada,
ze wcale go nie pragnal; i dlug, jak wypada,
splacono co do grosza; a pola — na lata —
tym, ktorzy je orali: za prace zaplata.
Zostaly: dom, kaplica, ogrodek przy scianie,
i nowy dach kaplicy — to pierwsze staranie.
Proboszcz, gdy mu przestalo na ornat juz kapac,
rzekl, ze o herbie moze sluchac — i nie chrapac.
A Zosia pojechala uczyc sie do Wilna
z koszykiem i ksiazkami, zaczytana, pilna.
Na droge jej dolozyl kazdy cos, po trochu:
Konstancja z oszczednosci, Maciej — worek grochu.
U krzyza przy goscincu zegnala ja ciotka,
a Maciej chlipal w rekaw: «Wiatr... i ta sierotka...»
A woz, co stal przed gankiem pusty od jesieni,
powiozl ja do kolei w wiosennej zieleni.
A ja swoj dlug splacilem, choc nie bylo komu:
dalem Zosi na ksiazki, i to po kryjomu.
Maciej — juz na spoczynku; lecz w karczmie, przy piwie,
co wieczor dwor ocala — sam, i to szczesliwie.
A pan Antoni? Herbu nie wspominal prawie.
«Nasz dom» — mowil o piecu, o drzwiach i o lawie.
A zegar, co w salonie stal od lat tak wielu,
nakrecil — i szedl potem, choc zle, przyjacielu.
VIII
Minelo lat niemalo. Na wzgorzu, przy murze,
gdzie pekl nagrobek dziada, w trawie i w wichurze,
leza, zgodni nareszcie, Konstancja z Antonim,
i w Zaduszki co roku my jeszcze im dzwonim.
A Maciej — tuz przy sciezce, w samym ich poblizu,
i data urodzenia myli sie na krzyzu.
Czy to kamieniarz zbladzi l, czy Maciej tak kazal —
nie wiem; i jakos wole, by nikt nie wymazal.
Zosia wrocila z Wilna i uczy dzieciaki
czytac, pisac i liczyc — owies, wrony, maki.
A gdy o herb pytaja, wyblakly nad drzwiami,
powiada: «To po dziadku, co placil lakami».
Gdy dzwon zza rzeki wola, a wiatr w lipach chodzi,
to Zosia z lampa w reku przed furtke wychodzi
i zamyka ja z wolna — skrzypi furtka stara —
i w jednym oknie swieci, i z ust idzie para.
Tuapse, 23 wrzesnia 2026 r.
Analiza literacka
„Lozowicze” sa gaweda poetycka: opowiescia snuta przez miejscowego narratora, ktory mowi do sluchacza tak, jak mowi sie przy stole albo na lawce przed kosciolem. Utwor liczy czterdziesci piec czterowierszowych strof ulozonych w osiem czesci. Napisany jest trzynastozgloskowcem ze sredniowka po siodmej sylabie (7+6) i rymem parzystym zenskim. Ta miara, znana polskiemu czytelnikowi przede wszystkim z „Pana Tadeusza”, nadaje opowiesci rowny, spokojny oddech i pozwala laczyc obyczajowy szczegol z powaga tematu.
Narratorem jest stary organista z parafii za rzeka. Nie udaje wszechwiedzacego kronikarza: od poczatku oddziela to, co widzial sam, od tego, co zna z ust ekonoma Macieja, a nawet od tego, czego sie juz nie da ustalic („nie zgadne”, „czy mi sie zdalo?”). Granica miedzy pamiecia a legenda jest w utworze stale widoczna i sama staje sie jego tematem. W piatej czesci narrator przestaje byc tylko swiadkiem. Okazuje sie, ze cudzy dlug, splacony po cichu przez dawna pania dworu, byl dlugiem jego ojca. Od tej chwili opowiesc o Lozowiczach jest takze opowiescia o nim samym, a jego pozniejszy gest — pieniadze dane Zosi „po kryjomu” — powtarza ten sam bezimienny czyn.
Kompozycje spinaja przedmioty, a nie komentarze. Pusty woz z pierwszej czesci nie wie, „komu posl uzy”, a w siodmej wiezie Zosie do kolei. Zegar, ktory stanal „ktoregos tam roku”, zostaje w koncu nakrecony i idzie, „choc zle”. Plot latany wieczorami przez Antoniego, wyblakly herb, portret dziada, skrzynka na strychu, kwity, furtka i swiatlo w jednym oknie tworza siec motywow. Dzieki nim zmiana, ktora zachodzi w ludziach, jest widoczna w rzeczach.
Postacie sa zarysowane z sympatia, ale bez idealizacji. Pan Antoni pol dnia prawi o herbie, a wieczorem sam naprawia plot. Jego przemiana dokonuje sie nie w deklaracji, lecz w slowie „nasz”, ktore przechodzi z herbu na piec, drzwi i lawe. Konstancja sprowadza rodowe ambicje do ceny owsa, lecz jej rachunek jest forma troski o zywych: modli sie o rozum dla brata i opieke nad Zosia. Maciej jest postacia komiczna i niezmienna. Myli daty w opowiesciach, myli je nawet na wlasnym krzyzu, a w karczmie co wieczor na nowo ratuje dwor. Zosia, sierota po fornalu, nie zna sie na herbach, ale czyta ksiazki ze strychu i wraca jako nauczycielka. W niej dom znajduje przyszlosc. Karczmarz i proboszcz dopelniaja obraz okolicy: pierwszy jest zawsze „dobrze poinformowany”, drugiego bardziej obchodzi dach kaplicy niz genealogia.
Konflikt jest maly w skali historii, ale wielki dla ludzi, ktorych dotyczy. Spor o sprzedaz dworu okazuje sie sporem o dwa rodzaje pamieci: legendarna, ktora kazdy dorysowuje po swojemu, jak pan Antoni dorysowal wyblakly herb, i dokumentalna, zapisana w zeszycie rachunkowym. Przelom przychodzi przez jedna sucha linijke: „Rachunek z apteka”. Laki, ktore Antoni uwazal za utracone „za powstanie”, dziad sprzedal, by leczyc chlopskie dzieci. Zdanie o rodach, ktore mierzy sie „takimi kwitami”, a nie morgami, jest jedynym miejscem, gdzie bohater nazywa to, co zrozumial. Wypowiada je z kwitem w reku.
Religijnosc utworu jest zwyczajna i wyrazona czynem: niedzielne „Te Deum” zagrane na chorze, rozaniec w palcach proboszcza, swieca w przeciekajacej kaplicy, dzwon w Zaduszki. Najwazniejszym znakiem wiary jest dobro uczynione bez swiadkow. Humor wynika z rozpoznania ludzkiej natury i nigdy nie jest wymierzony w biednych ani cierpiacych.
Rozwiazanie jest skromne i prawdopodobne. Dwor nie zostaje cudownie ocalony: las i sad ida na sprzedaz, pola dostaja ci, ktorzy je orali, a zostaja dom, kaplica i ogrodek. Utwor konczy sie nie moralem, lecz obrazem: dzwon zza rzeki, wiatr w lipach, skrzypiaca furtka, jedno oswietlone okno i para z ust w chlodnym powietrzu. Dom zyje, dopoki ktos w nim oddycha i pamieta tych, ktorzy w nim mieszkali.
O stylu Wladyslawa Syrokomli i o stylizacji
Wladyslaw Syrokomla, wlasciwie Ludwik Kondratowicz (1823–1862), byl poeta ziemi litewsko-bialoruskiej i Wilna. Sam nazywal siebie lirnikiem wioskowym, a do literatury przeszedl przede wszystkim jako mistrz gawedy wierszowanej. Jego swiat to zascianki, dworki i wsie nad Niemnem, a jego bohaterowie to drobna szlachta, chlopi, organisci, ksieza i wedrowni grajkowie. Swojskosc oznacza u niego przywiazanie do tego, co bliskie i codzienne: do obyczaju, mowy, krajobrazu i ludzi, ktorych zna sie z imienia.
Za najwazniejsze cechy tej poetyki mozna uznac kilka rzeczy. Opowiada narrator-gawedziarz, osadzony w lokalnym swiecie, ktory mowi jezykiem prostym i naturalnym, z intonacja zywej mowy. Pelno tu konkretu obyczajowego i materialnego. Syrokomla patrzy na bohaterow z cieplem, a na szlachecka pyche z lagodna ironia, nie przekreslajac przy tym ludzi, z ktorych sie smieje. Wrazliwosc spoleczna kaze mu pamietac o losie prostych ludzi, a przemijanie przyjmuje z pogoda i bez patosu. Moralny sens wynika u niego z historii, a nie z wykladu.
„Lozowicze” nie sa nasladowaniem zadnego konkretnego utworu Syrokomli. Nie cytuja go, nie parafrazuja jego wersow i nie powtarzaja jego fabuly. Sa utworem oryginalnym, napisanym wspolczesnie, ktory przejmuje nie tekst, lecz funkcje tej poetyki: gawedziarza zaznaczajacego granice miedzy pamiecia a legenda, lagodna ironie wobec rodowej dumy, szacunek dla pracy i dla ludzi, ktorzy ziemie uprawiali, oraz zakonczenie obrazem zamiast nauki. Postac organisty jako narratora nawiazuje do swiata parafii i muzyki koscielnej, bliskiego lirnikowi wioskowemu.
Wybor miary jest swiadomym polaczeniem dwoch tradycji. Trzynastozgloskowiec z rymem parzystym wiaze gawede z epicka fraza „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza, z ktorego kregu wyrastal takze Syrokomla. Jezyk utworu pozostaje jednak prosty i swojski: bez sztucznej archaizacji, z pojedynczymi slowami o barwie kresowej, takimi jak „przecie”, „srodze” czy „dzwonim”.
Stylizacja ma swoje granice i warto je nazwac. Jest to spojrzenie wspolczesnego autora na poetyke sprzed poltora wieku, a nie rekonstrukcja historyczna. Wielka historia, na przyklad powstanie, w ktorym Antoni widzial przyczyne utraty lak, pozostaje w tle, tak jak chciala tego poetyka gawedy. Na pierwszym planie jest mala, lokalna prawda: czlowiek jest wiecej wart niz majatek, a pamiec o dobru uczynionym bez swiadkow trwa dluzej niz herb.
Daniil Lazko. Tuapse, 23 wrzesnia 2026 r.
Лазовічы
Гавэнда арганіста
Даниил(Даніла) Лазько
Аўтарскі паэтычны пераклад з польскай мовы (кірыліца)
I
Над Нёманам, ля тракту, — ліпы ў два рады,
а гразь па восі — як вядзецца, так заўжды.
А Лазовічы — дом за ліпамі, і сцены
аблезлі, і тынкоўка сыплецца нязменна.
Кастрычнік. Праз шчыліны аканіц у дом
хадзіў, як гаспадар стары, вецер кругом;
пусты вазок стаяў з аглобляй у вадзе,
і хто ведаў, каму ён паслужыць і дзе.
У сенях — вільгаць дрэва, сена дух і пах,
а раніцай вароны крычаць на дахах.
З кухні цягне капустай; у зале, ля сцяны, —
гадзіннік, што спыніўся з даўняе вясны.
Хто кажа? Арганіст стары, што з-за ракі,
каму і ў свята з панскай кухні — пірагі.
Што бачыў сам — то сам; а што чуў — ад Мацея,
а той жа божыўся: вось сведка — ўся алея.
II
Антоні, гаспадар, ужо не малады,
крыху ганарлівы, на старыя лады;
паўдня мог разважаць пра герб і пра свой род,
а ўвечары — сам латаць на гародзе плот.
Над дзвярыма — стары герб: страла, крыж крывы;
а рэшту дадумаў з уласнай галавы.
У зале, пад гадзіннікам, — дзеда партрэт:
глядзіць, нібы чакае ад суседзяў бед.
З ім — удава-сястра, Канстанцыя; яна
была ў доме цвярозай галавой адна.
Ёй ведама, па чым авёс, што ёсць у скрыні,
і хто з пазыкадаўцаў не чакае ныне.
Як брат пра продкаў за абедам разважае,
яна: «А дах гербам ніхто не залатае».
Ён ішоў да акна, пакрыўджаны ўсур'ёз,
і бачыў, як варон па тракце вецер нёс.
За стайняю, у флігелі, — стары Мацей,
што ў апавядах уласных рос багацей.
Ён знаў ігрушы ў садзе, на мяжы — каменне,
а даты ён блытаў — ад лішку, кажа, ўмення.
Прапрадзед, па Мацею, — той, што з партрэта ў зале, —
і Хоцін браў, і з Банапартам — у навале;
а хто казаў, што паміж імі — цэлы век,
той чуў: «За грошы хлусіць каляндар — вось грэх».
А Зося — парабка нябожчыка сірота —
расла ў іх ціхенька, без шоўку і без злота.
У гербах не цяміла, ды з канём — на ты:
ён брыў за ёй па гразі, ў вецер, без вузды.
Чытала прагна ўсё, што было на гарышчы,
што ад памерлых засталося, ў пыле, ў цішы,
марыла — рэдкасць! — стаць настаўніцай у школе,
што пан Антоні зваў капрызам, ды не болей.
III
Аднойчы ўвечары, пад стук дажджу па даху,
Мацей прынёс ліст з места — збялелы ад страху:
за доўг, што рос з бацькоўскіх год, як мох на плоце,
дом пойдзе з торгаў у бліжэйшую суботу.
Антоні прачытаў і раз, і два, і тры,
пасля глядзеў, як кнот гарыць — да той пары,
сказаў: «Пакуль жыву, дом застанецца ў родзе»,
а сястра маўчком пісала нешта ў расходзе.
Мацей жа з вечара і да зары, ў начы,
казаў, грэючыся ў чэлядні ля пячы:
«Лазовічаў з дому ніхто не выганяе!» —
хоць на лічыльніку сам бачыў: не ўтрымае.
Карчмар, што ўсе навіны заўжды ведаў першы,
казаў: у даўгах рынак вінен, як у вершы;
ён ведаў суму, дзень, і хто, і як, і дзе,
і дзень у дзень — інакш: бо памяць усё расце.
Суседзі сталі зазіраць праз нашы платы:
той — пра сад, нібыта нехаця, без ахвоты,
той — пра лес за рэчкай, трэці — пра стадолу,
а каваль жа — толькі пра Зосю і пра школу.
І ксёндз прыехаў таксама, змоклы наскрозь,
пра прадзедаў праслухаў, колькі давялось,
пасля: «А дах? Бо ў капліцы цячэ, мой пане.
А герб... прыгожы, так, прыгожы. Шана, шана».
IV
За вячэрай сястра сказала: «Брат, паслухай:
сцяна не мерзне; людзі ж мерзнуць — целам, духам.
Хто старога Мацея прыме — герб ці сцены?
Хто Зосю вывучыць — партрэт наш той бясцэнны?»
А ён: «Ты ўсё, сястрыца, лічыш, як гандлярка!
Табе і Лазовічы — хлеў, хата ды варка!
Тут памятае цвік! Тут ліпы дзед садзіў,
нас, Лазовічаў, ніхто не выправадзіў!»
Грукнуў дзвярыма — дзед хіснуўся на палатне —
і ноччу тын латаў: тын — тынам, акуратна.
Мацей свяціў і гаварыў пра даўні бой:
то пад Хоцінам ставіў, то — тут, над ракой.
Канстанцыя ж той ноччу, як казалі потым,
са свечкаю ішла міма брата з молатам,
і ў капліцы, дзе капае, стаяла ў змроку,
прасіла: «Брату розум дай, Зосю — на воку».
V
У суботу, як натарыус ехаў з места
(гадзіннік, як заўжды, — апоўдні і ні з месца),
Антоні Зосю — на гарышча, па паперы:
«Хай натарыус знае: мы не без манеры!»
Гарышча: пыл, і галубы, і ржавы меч,
і бэлька, чорная з пажару, быццам печ,
і куфры памерлых у шэрым павуцінні,
а самы малы стаў ля коміна, у цені.
Адкрыла Зося: ні золата, ні пячаці,
ні срэбра — ды тое, што ацалела, ў хаце:
і сшытак рахункаў, лісты, квітанцый стос,
і ліст асобна, схаваны кімсьці ўсур'ёз.
Гарачка ў вёсцы — ад парога да ракі;
ляглі ўсе дзеці; доктар з Гродна — дарагі.
І пан Казімір прадаў лугі ля ракі
і запісаў: «Разлік з аптэкай». Вось радкі.
Купец жа з Міра піша бабулі Людвіцы,
што доўг ужо пагашан — ціха, без музыкі.
Чый доўг? Бацькі майго. Так, пане. Так. Майго.
А ён да скону так і не пачуў таго.
У нядзелю ён зайграў «Te Deum» на хорах —
і, пэўна, трапіў, хоць і не зусім угору.
Тое ведаю. А ці перахрысцілася,
ці плакала — не ўгадаць: адна засталася.
VI
Знесла куфэрак, калі між ліпаў, у гразі,
натарыус грузнуў па восі, як у мазі.
Антоні прачытаў і схаваў у кішэню,
і моўчкі стаяў ён у сенях, нібы ў цені.
Бо верыў ён, што тыя лугі ля ракі
прапалі за паўстанне — не за парашкі,
насіў ён страту, як рубцы і як ордэны, —
а тут: і лекі, доктар, подпіс — і ўсе змены.
Натарыус зайшоў, гразь збіўшы ля парога.
Сястра дала гарбаты — трошку, ды ўбога.
Антоні пачаў паволі: «Наш герб...» — і стаў,
як воз у гразі на звароце — замаўчаў.
Пасля дастаў ён ліст і палажыў на стол
ля шклянкі, нібы ў страху, і глянуў у дол.
«Чытай, сястра, уголас, — мовіў, — не змагу.
Што там напісана — зразумець не магу».
Чытала. Госць пакашліваў. Мацей — без слоў,
а ксёндз — ружанец, «Вітай, Марыя» — ізноў.
А я, калі бацькава імя прачытала,
то шапка ў руках, як струна, задрыжала.
Антоні ўстаў і да партрэта падышоў,
а дзед — ці падалося? — не хмурыў брывоў.
«Я думаў, — мовіў, — род мераюць дзесяцінай,
а мераюць, бачу, квітанцыяй старыннай».
І ліст мне ён аддаў: «Бярыце. Гэта — ваша.
А гэта, — пастукаў у сшытак, — гэта — наша».
Лічылі з ёй — і ўпершыню не сварыліся,
хоць, як пры рахунках, крыху засмуціліся.
VII
Пайшоў за рэчкай лес; а сад — таму, хто кажа,
што сад яму не трэба; доўг — да граша, скажам, —
сплацілі; а палі — на доўгія гады —
тым, хто араў: за працу плата, за біды.
Застаўся дом, капліца, садок ля сцяны,
і дах капліцы — першы клопат, да вясны.
Ксёндз, як на рызу капаць зверху перастала,
сказаў: пра герб слухаць, не храпучы, — прыстала.
А Зося едзе ў Вільню — там ёй і вучыцца, —
з кошыкам, з кніжкамі — старанная дзяўчыца.
У дарогу даў кожны, хто што мог, па крошцы:
Канстанцыя — грошы, Мацей — гароху трошкі.
Ля крыжа пры гасцінцы праводзіла цётка,
Мацей сапеў у рукаў: «Вецер... і сіротка...»
А воз, што з восені стаяў пусты, без справы,
павёз да чыгункі — ўжо зелянелі травы.
А я вярнуў свой доўг, хоць не было каму:
даў Зосі на кніжкі, употай — нікому.
Мацей жа — на спакоі; ды ў карчме, пры піве,
ратуе двор ён кожны вечар — сам, шчасліва.
А пан Антоні? Герб амаль не ўспамінаў.
«Наш дом» — так печ і дзверы, лаўку называў.
Гадзіннік, што стаяў у зале столькі год,
завёў — і хоць хлусіў, ды меў, мой дружа, ход.
VIII
Мінула шмат гадоў. На ўзгорку, ля сцяны,
дзе дзедаў камень трэснуў, — вецер, травы, сны, —
ляжаць — сястра і брат — у згодзе ўжо навек,
і ў Дзяды звонім, як бацька звоніў свой век.
Мацей — ля сцежкі, побач з імі. Ды пастой:
і на крыжы год нараджэння — зноў не той.
Ці камнясек зблытаў, ці так сам загадаў —
не ведаю; і лепш, каб ніхто не сціраў.
А Зося зноў тут: дзетак вучыць яна ўсіх
чытаць, пісаць, лічыць — авёс, варон, арэх.
Спытаюць пра герб над дзвярыма — вось адказ:
«Ад дзеда, што лугамі плаціў у свой час».
Калі за рэчкай звон, а ў ліпах вецер бродзіць,
то Зося, лямпу ўзяўшы, да брамкі выходзіць,
зачыніць паціху — рыпне брамка старая —
і свеціць акно, і пара з вуснаў растае.
Туапсэ, 23 верасня 2026 г.
;
;
Лозовичи
Гавенда органиста
Даниил Лазько
Авторский поэтический перевод с польского
I
Над Неманом у тракта — липы в два ряда,
а грязь, как повелось, по оси — как всегда.
А Лозовичи — дом за липами, и стены
облезли: штукатурка сыплется степенно.
Октябрь. Сквозь щели в ставнях по покоям шёл,
как старый барин, ветер, важен и тяжёл;
пустой возок стоял с оглоблей в мутной луже,
и не было известно, для кого он нужен.
В сенях — сырое дерево и сена дух,
а по утрам вороны драли глотки вслух.
Из кухни пахло щами; в зале, у стены, —
часы, что стали с незапамятной весны.
Рассказчик — кто? Старик, приходский органист,
что в праздник за столом у них бывал речист.
Что видел сам — то сам; что слышал — от Мацея,
а тот божился: вон, свидетель — вся аллея.
II
Хозяин — пан Антоний, человек в летах,
чуть гордый, чуть старинный в мыслях и словах,
полдня мог рассуждать о гербе и о роде,
а вечером — латать забор на огороде.
Над дверью — старый герб: стрела да крест кривой;
а прочее дорисовал он сам, с лихвой.
В гостиной, под часами, — дедовский портрет:
глядит с холста, как будто ждёт соседских бед.
С ним — вдовая сестра: Констанция; она
была в том доме трезвой головой одна.
Ей ведомо, почём овёс и что — в запасе,
и кто из кредиторов ждать уж не согласен.
Чуть брат о предках за обедом рассуждает,
она: «А крышу нам гербом не залатают».
Тогда он шёл к окну, обиженный всерьёз,
и видел, как ворон по тракту ветер нёс.
За стойлами, во флигеле, — старик Мацей,
что в собственных рассказах рос — всё богачей.
Он знал в саду все груши, на меже — каменья,
а даты путал — от избытка, мол, уменья.
Прапрадед, по Мацею, — тот, из рамы в зале, —
рубился под Хотином, с Бонапартом — дале;
а кто пенял, что между ними — сотня лет,
тому: «Календари за деньги врут», — в ответ.
А Зося — батрака покойного сиротка —
росла у них тихонько, без шелков и кротко.
В гербах не смыслила, зато с конём — на ты:
он брёл за ней по грязи, в ветер, без узды.
Читала жадно всё, что там, на чердаке,
от мёртвых сохранялось в старом сундуке,
мечтала — редкость! — стать учительницей в школе,
что пан Антоний звал фантазией — не боле.
III
Однажды вечером — а дождь хлестал с размаху —
Мацей принёс письмо — сам белый весь от страху:
за долг, что рос с отцовских лет, как мох у тына,
в субботу — всё с торгов: такая вот картина.
Антоний прочитал и раз, и два, и три,
потом глядел, как фитилёк горит внутри,
сказал: «Пока я жив, наш род в дому пребудет»,
сестра молчком писала, сколько же убудет.
Мацей же с вечера и до зари, в ночи,
твердил в людской, колени грея на печи:
«Лозовичей никто из дома не прогонит!» —
хоть сам на счётах ночью видел, как всё тонет.
Корчмарь, что новости всегда узнал бы первым,
твердил: во всех долгах виновен рынок скверный;
он знал и сумму, и число, и кто, и как,
и что ни день — иначе: память крепнет так.
Соседи потянулись, кто за чем, к двору:
тот — сад бы взял, да нехотя, не по нутру;
тот — лес за речкой, третий — дёшево амбар,
кузнец лишь спрашивал про Зосю и букварь.
И ксёндз приехал тоже, вымокший насквозь,
про прадедов прослушал всё, что довелось,
потом: «А кровля? Ведь в часовне всё течёт.
А герб... ну да, красив, красив. Почёт, почёт».
IV
За ужином сестра сказала: «Брат, послушай:
стена не мёрзнет. Мёрзнут в тесных избах души.
Кто старого Мацея примет — герб иль стены?
Кто Зосю выучит — портрет наш драгоценный?»
А он: «Ты всё, сестра, считаешь, как торговка!
Тебе и Лозовичи — хлев, изба, кладовка!
Тут каждый гвоздь всё помнит! Липы дед сажал,
и нашу кровь никто отсюда не изгнал!»
Он хлопнул дверью — дед качнулся на холсте —
и ночью тын чинил: тын — тыном, в темноте.
Мацей светил, и бой шумел в его главе:
то под Хотином был тот бой, то — здесь, в Литве.
Констанция же ночью, говорили после,
шла со свечой во тьме — брат с молотком был возле —
в часовне, где течёт, стояла в полумгле,
прося: «Дай брату ум, а Зосе — жить в тепле».
V
В субботу, как нотарий ехал из посада
(часы, как встарь, стояли — полдень, как и надо),
Антоний Зосю — на чердак, достать бумаги:
«Пускай нотарий знает: мы — не бедолаги!»
Чердак: и пыль, и голуби, и ржавый меч,
и балка, чёрная с пожара, будто печь,
и сундуки покойных в серой паутине,
а малый, самый малый, — у трубы, в теснине.
Открыла Зося: в нём ни злата, ни печати,
ни серебра — лишь то, что уцелело, кстати:
тетрадь счетов, и письма, и квитанций ворох,
и спрятанное кем-то письмецо, как порох.
Был год горячки: от порогов до стогов
лежали дети в хатах; доктор — не дешёв.
И пан Казимеж продал у реки луга,
и записал: «Расчёт с аптекой». Вся строка.
Купец из Мира пишет бабушке Людвике,
что долг уже погашен — тихо, без музыки.
Чей долг? Отца, отца. Да, пане, моего.
А он до смерти так и не узнал того.
В воскресный день сыграл «Te Deum» на хорах —
и, верно, угодил, хоть не совсем в верхах.
Вот всё. Крестилась ли, всплакнула ли она —
не угадать: осталась там совсем одна.
VI
Снесла она ларец, когда меж лип, в грязи,
нотарий в бричке брёл, увязнув по оси.
Антоний прочитал и спрятал в свой карман
и молча средь сеней стоял, как истукан.
Ведь верил он, что те луга, что у реки,
пропали за восстанье — не за порошки,
носил утрату, как рубцы и ордена, —
а тут: лекарства, доктор, подпись. Вся цена.
Вошёл нотарий, грязь сбивая у порога.
Сестра дала им чаю, джем — совсем немного.
Антоний начал: «Наш старинный герб...» — и стал,
как воз в грязи на повороте, — замолчал.
Потом достал письмо и положил на стол
у чашки с чаем, словно в страхе, взгляд отвёл,
сказал сестре: «Прочти. Вслух. Сам я не сумею.
Что там написано — понять ещё не смею».
Читала. Гость покашливал. Мацей — без слов,
а ксёндз, перебирая чётки, «Аве» — вновь.
А я, когда отца назвала вслух она, —
то шапка дрогнула в руках, как та струна.
Антоний встал, к портрету деда подошёл,
а дед — иль мне почудилось? — уже не зол.
«Я думал, — молвил, — род измерен десятиной,
а мерят, вижу, вот квитанцией старинной».
И мне письмо отдал: «Берите. Это — ваше.
А это, — постучал в тетрадь, — вот это — наше».
В ту ночь с сестрою он считал — и без раздора,
хоть и грустили, как при счёте, — без укора.
VII
Ушёл за речкой лес; а сад — тому, кто врёт,
что вовсе не хотел его; а долг, в черёд,
уплачен до копейки; а поля — на годы —
тем, кто пахал их, — как за труд, за все невзгоды.
Остались: дом, часовня, садик у стены,
и кров часовне — первым делом, до весны.
Ксёндз, как на ризу капать сверху перестало,
сказал: о гербе слушать не храпя — пристало.
А Зося едет в Вильно — там ей и учиться, —
с корзинкой, книжками — прилежная девица.
В дорогу ей дал каждый кто что мог, по крохам:
Констанция — что сберегла, Мацей — гороха.
Простилась у креста при тракте с Зосей тётка,
Мацей в рукав сопел: «Да ветер... и сиротка...»
А воз, что с осени стоял пустой, без дела,
повёз её к чугунке — всё уж зеленело.
А я вернул свой долг, хоть некому вернуть:
дал Зосе на учебники — тайком, на путь.
Мацей — уж на покое; но в корчме, за пивом,
спасает двор он каждый вечер — сам, счастливо.
А пан Антоний? Герб почти не поминал.
«Наш дом» — так печь и двери, лавку называл.
Часы, что столько лет в гостиной простояли,
завёл — и шли, хоть врали, друг мой, врали, врали.
VIII
Прошло немало лет. Там, на холме, у стен,
где треснул дедов камень, — ветер, травы, тлен, —
лежат — сестра и брат — в согласье наконец,
и им звоним в Задушки, как звонил отец.
Мацей — у самой тропки, с ними рядом, вот,
и на кресте рожденья год — опять не тот.
Каменотёс ли спутал, сам ли так велел —
не знаю; лучше бы никто стереть не смел.
А Зося — снова тут: детишек учит всех
читать, писать, считать — овёс, ворон, орех.
А спросят, что за герб над дверью, — выцвел цвет, —
«От деда, что платил лугами», — весь ответ.
Когда за речкой звон, а в липах ветер бродит,
то Зося, лампу взяв, к калитке и выходит,
и медленно прикроет — скрип калитки старой, —
и светится окно одно, и дышит паром.
Туапсе, 23 сентября 2026 г.
;
О переводе
Оба перевода авторские: польский оригинал и его русская и белорусская версии принадлежат одному автору. Поэтому переводчик позволял себе ту свободу, которая допустима только в автопереводе. Но сюжет, персонажи, порядок событий и система предметов сохранены полностью.
Оригинал написан польским тринадцатисложником 7+6 с цезурой после седьмого слога и парной женской рифмой. Это размер «Пана Тадеуша», и он же задаёт интонацию гавенды. Русский и белорусский стих держатся на силлабо-тонике, поэтому силлабический размер в них прямо не переносится. В качестве функционального эквивалента для обоих переводов избран шестистопный ямб с цезурой после третьей стопы и парной рифмой AABB. Мужские и женские пары чередуются свободно.
Сохранены восемь частей, 45 строф и система сквозных предметов: пустой воз, остановившиеся часы, забор, герб, сундук, квитанции, калитка и свет в окне. На ней держится композиция, поэтому ею не жертвовали ради рифмы.
Польский rejent — историческое обозначение нотариуса. В русском тексте он передан старой формой «нотарий», в белорусском — словом «натарыус». В сцене чтения письма он в обоих переводах назван «гость», чтобы не перегружать строку.
Потери и компенсации. Каламбур «prawi; / naprawi;» (разглагольствовать против чинить) в обоих языках не воспроизводится, сохранено только смысловое противопоставление. В русском тексте за эту потерю компенсирует игра «считать ворон», которой в оригинале нет. Молитва Констанции «Zosi; miej na oku» в русском стала «а Зосе — жить в тепле»: идиома ушла, забота о живых осталась. В белорусском идиома сохранена («Зосю — на воку»). Конфитюр из боярышника заменён скромной деталью бедности («джем — совсем немного», «трошку, ды ўбога»). Польские Zaduszki в белорусском переданы как «Дзяды», в русском оставлено «Задушки». Сцена проводов («;egna;a j; ciotka») передана глаголами прощания («простилась», «праводзіла»), а не глаголом крещения. Конец V части («sama tam zosta;a») передан без эмоционального усиления: «осталась там совсем одна». Бледность Мацея («zbiela;y ze strachu») передана прямо: «сам белый весь от страху».
Проверка и степень готовности. Число слогов в каждой строке обоих переводов проверено скриптом, ударная схема русского текста выверена вручную. Русский перевод готов к публикации. Белорусский текст — авторская редакция, которой перед публикацией нужна вычитка носителя языка. Слоговой объём в нём выдержан, но ямбическая схема местами нарушена, отдельные рифмы приблизительны, а некоторые обороты требуют проверки на естественность. Версия лацінкой получена из кириллической автоматическим переводом в классическую белорусскую лацінку. После окончательной вычитки кириллицы её нужно сформировать заново.
О смысле стихотворения
Внешний сюжет прост: обедневшую усадьбу продают за долги. Но поэма не о доме, а о том, чем измеряется род. Антоний начинает с герба и прадеда, воевавшего то под Хотином, то при Наполеоне. Констанция отвечает ему ценой овса. Мацей путает века. Спор идёт не между гордостью и расчётом, а между двумя видами памяти: легендарной, которую каждый дорисовывает сам (как пан Антоний дорисовал поблёкший герб), и документальной, которая лежит на чердаке в сундуке.
Перелом происходит через предмет, а не через проповедь. В сундуке нет ни золота, ни грамот, только приходно-расходная тетрадь. Заливные луга, которые Антоний считал отнятыми за восстание, дед продал, чтобы лечить крестьянских детей. Бабка тайно погасила чужой долг, и этот долг оказался долгом отца самого рассказчика. Честь рода обнаруживается в бухгалтерской строке «Расчёт с аптекой», и Антоний признаёт это словами о роде, который мерят не десятинами, а квитанциями.
Рассказчик-органист — не внешний летописец. Он сам наследник этого безымянного добра и распоряжается им так же тихо: отдаёт Зосе на книги то, что «вернуть было некому». Благодарность выражена делом: отец рассказчика играет «Te Deum», сын звонит в Задушки. Вера в поэме не декларируется, она видна в поступках.
Развязка намеренно скромна. Усадьба не спасена чудом: лес и сад проданы, поля отданы тем, кто их пахал. Остаются дом, часовня и садик, и слово «наш» переходит с герба на печь, двери и лавку. Юмор не отменяет печали, а делает людей живыми: Мацей и на могильном кресте остаётся с неверной датой и каждый вечер в корчме заново «спасает» двор.
Финал — образ вместо вывода: калитка, одно светящееся окно, пар от дыхания на холоде. Дом жив, пока в нём кто-то дышит и помнит тех, кто жил здесь раньше. Это и есть главная мысль поэмы: человек дороже имения, а память о добре, сделанном без свидетелей, прочнее герба.
Даниил Лазько. Туапсе, 23 сентября 2026 г.
Свидетельство о публикации №126092305060