Ranek w podgajach
Daniil Lazko
RANEK W PODGAJACH
Gaweda
Tuapse, 21 sierpnia 2026
;
RANEK W PODGAJACH
Gaweda
Nim slonce wyszlo z lasu, juz skrzypnely wrota,
pies otrzasnal sie z rosy przy furtce u plota,
kogut na starym wozie rozdar l sie jak z nuty,
a w sieni ktos po ciemku naciagal juz buty.
Zaskrzypiala furmanka gdzies od strony mlyna —
widac komus na jarmark juz przyszla godzina;
pachnialo mokra ziemia i sianem pokosow,
a pastuch juz pod lasem probowal dwoch glosow.
Potem dopiero swiatlo zza olszyn wyplynie
i mgla sie od rzecz ulki podniesie w dolinie,
i wies, jak jest — z blotami, z koleina krzywa —
pokaze sie na chwile prawie ze szczesliwa.
Maciej — bo kt;z by inny — wstal pierwszy w Podgajach,
bo tak juz od pradziada wiedzie sie w zwyczajach:
koniowi zadal siana, pogladzil po grzywie
i gadal z nim po cichu jak z ludzmi — uczciwie.
Znam go, jak znalem ojca — pamiec nie zawiedzie:
obaj twardzi jak grusza, co rosnie na miedzie;
obaj radzic lubili, gdzie trzeba, nie trzeba,
bo madrosc rzecz bezplatna, nie kosztuje chleba.
A jedno jeszcze chowal na samym dnie skrzyni:
herb, papier z pieczeciami — i co ten herb czyni!
Strzecha stara, plot krzywy, w oborze niewiele,
za to herb szedl na sciane w najwieksze niedziele.
Wyjmie go i rozlozy, przycisnie lokciami,
i czyta po raz setny litery z kwiatkami:
ze za krola Stefana przodek rodu tego
mial wies, pieczec i szable — nie wiedziec do czego.
Wnuk Antos zszedl ze strychu, gdzie sypial od maja,
wysoki jak ten jesion od strony ruczaja;
chlopak bystry, poj etny, myslami juz w miescie:
tam praca, tam nauka, tam zycie jest wreszcie.
Ja Antosia nie winie: co mlode, to mlode —
zrebak tez przez plot skacze, choc ma w stajni wode.
Ale dziada bolalo. Nie mowil zbyt wiele,
tylko chodzil jak chmura w samiuska niedziele.
Wlasnie tego poranka woz mieli smarowac,
bo jarmark byl w miasteczku — trza siano ladowac.
— Widzisz — mowi — te piaste? Dziad twoj ja heblowal,
stelmach z Wilna by lepszej i sam nie zbudowal.
A Antos na to z wolna: — Piasta jak to piasta.
— Jak to piasta?! W tej piascie wiecej niz pol miasta!
Poszlo niby o dziegiec, o osie, o kola,
a w srodku obu pieklo co innego zgola.
Przy sniadaniu milczeli. Lyzki tylko brzekly,
a babce rece troche nad miskami miekly;
spojrzy raz na Macieja, potem na wnuczyska,
westchnie — i zuru doda: od tego jest miska.
Po poludniu przy plocie stanal kum Wincenty,
niby po sito przyszedl — gadal jak najety:
— Slyszalem, ze Antoni do miasta sie bierze?
Maciej was przygryzl: — Plota. Nie stoi w papierze.
A wieczorem byl w sadzie dluzej niz potrzeba:
ogladal mlode jablka, jakby prosil nieba —
nie za siebie, bron Boze: on nie umial prosic —
tylko zeby to wszystko mial kto dalej nosic.
W niedziele zadzwoniono na msze u kosciola
i cala wies ruszyla, jak Pan Bog zawola.
Maciej szedl w kapeluszu, co ojca pamieta;
przy krzyzu na rozstaju zdjal go — rzecz to swieta.
Az przyszlo przed jesienia porzadkowac gumna
— przed zima, jak co roku, robota rozumna.
Na strychu, pod okapem, kufer stal debowy,
co pamietal — kto zgadnie? — czyje jeszcze glowy.
Klucza nikt nie pamietal; podwazyli dlutem,
az jeklo stare wieko zelazem okutem.
A w kufrze: pas, sukmana, szkaplerz i talary,
a na dnie list zlozony we czworo — brzeg szary.
Czytali go pod oknem, glowa tuz przy glowie,
sylabizujac z wolna po dawnej wymowie:
pisal pradziad Bartlomiej z Rygi, w wielkiej biedzie,
ze teskn i ze wiosna do domu przyjedzie.
Bo i on byl raz mlody, i jemu Podgaje
wydaly sie za ciasne na mlode zwyczaje;
ruszyl za chlebem w miasto, robil przy kanale,
nosil cudze ciezary, nie skarzac sie wcale.
A tu w domu tymczasem — szla wies niewesola:
w jedna noc poszlo z dymem obejscie dokola.
Wrocil z jednym wezelkiem i z rekami dwiema,
i te rece starczyly; wiecej w liscie nie ma.
Jedna belke spalona — tak starzy mowili —
w rog nowego domostwa naumyslnie wbili.
Sam ja widzialem: czarna, wygladzona laty,
trzyma wegiel do dzisiaj — i pol calej chaty.
Maciej zdjal okulary — niby szk la przeciera,
a naprawde cos w oku uwiera i wzbiera.
Antos nic nie powiedzial, tylko list ostroznie
zlozyl we czworo nazad — powoli, naboznie.
Nazajutrz wyszedl Antos przede dniem, po rosie,
i patrzyl, jak mgla lezy na swiezym pokosie.
Ta sama wies co wczoraj: bloto, plot, olszyna —
a patrzyl, jakby pierwszy raz widzial, chlopczyna.
Czy pojedzie? Pojedzie. Swiat sie nie odmieni;
mlode nogi juz takie: nie czuja kamieni.
A czy wroci? — Bartlomiej wrocil. Rzecz nie nowa.
A zreszta, co ja tam wiem. Stara ze mnie glowa.
A wczoraj ich widzialem obu przy stodole:
woz smarowali razem przed droga na pole.
Maciej gadal, jak zwykle, za trzech gospodarzy,
Antos sluchal — a czasem usmiech mial na twarzy.
A dzis rano, jak zawsze: skrzypnely znow wrota,
kogut wrzasnal, pies ziewnal przy furtce u plota,
od kosciola dzwon ranny poplynal po bloni,
a mgla wstala znad rzeki pod parskanie koni.
;
Utwor zbudowany jest na ramie porannej. Pierwsza i ostatnia strofa przynosza ten sam zestaw dzwiekow — skrzypniecie wrot, kogut, ziewajacy pies, dzwon, mgla znad rzeki — lecz czytelnik slyszy je juz inaczej, poniewaz pomiedzy nimi zmiescila sie historia Bartlomieja. Sens nie zostaje wypowiedziany; wynika z samego powtorzenia. Zakonczenie niczego nie objasnia, a mimo to sugeruje wiecej niz jakikolwiek moral.
Naczelna zasada tekstu jest przedmiotowosc. Uczucia oddawane sa wylacznie przez rzecz i gest. Babka nie mowi ani slowa — dolewa zuru, bo od tego jest miska. Maciej nie placze — zdejmuje okulary, niby szk la przeciera. Antos nie odpowiada dziadkowi — sklada list we czworo nazad, po dawnych zgieciach, powoli i naboznie. W calym poemacie nie pada ani jedna nazwa emocji.
Narrator jest najpierw gawedziarzem, dopiero potem poeta. Zna Macieja od dziecinstwa, pamieta jego ojca, czesc historii ma z opowiesci starszych („tak starzy mowili”), a czesc widzial sam („Sam ja widzialem”). Otwarcie przyznaje granice wlasnej wiedzy — „kto zgadnie?”, „co ja tam wiem. Stara ze mnie glowa”. Dzieki temu nie wyrokuje o sporze dziadka z wnukiem: relacjonuje go i zostawia czytelnikowi.
Humor wyplywa z charakterow, nie z sytuacji komicznych. Herb wedruje na sciane w najwieksze niedziele, choc strzecha stara, a w oborze niewiele. Przodek mial wies, pieczec i szable — „nie wiedziec do czego”. Kum Wincenty przychodzi niby po sito, a gada jak najety. Wybuch Macieja — „W tej piascie wiecej niz pol miasta!” — smieszy, lecz nie osmiesza: smiejemy sie razem z nim, nie z niego.
Konflikt nie przybiera formy dyskusji. Rozgrywa sie przy smarowaniu wozu, przy sniadaniu, przy plocie i w sadzie. Racje obu stron pokazane sa przez przedmioty: dla Macieja piasta jest dowodem ciaglosci rodu, dla Antosia piasta i niczym wiecej. Spor o dziegiec i osie jest forma, w ktorej obaj mowia o czyms zupelnie innym.
Punkt zwrotny — list z Rygi i wbudowana w wegiel spalona belka — nie zostaje opatrzony komentarzem. Odkrycie nie przekonuje Antosia do pozostania; zmienia jedynie sposob patrzenia. Nazajutrz widzi te sama wies, to samo bloto i te sama olszyne, ale patrzy inaczej. Belka mowi sama za siebie: nieszczescie wbudowane w dom trzyma dzis jego wegiel.
Forma to trzynastozgloskowiec ze sredniowka po siodmej sylabie i rymem parzystym zenskim. Wszystkie sto cztery wersy zostaly sprawdzone programowo pod wzgledem liczby sylab, miejsca sredniowki i typu klauzuli. Rymy czasownikowe w strofie o wozie pozostawiono swiadomie: to skladnia mowy Macieja, a nie usterka warsztatu. Tam, gdzie idealny rym wchodzil w konflikt z naturalnym zdaniem, wybierano zdanie.
Podgaje sa wsia zmyslona, lecz zupelnie zwyczajna dla Wilenszczyzny: chaty pod strzecha, blotnista droga z koleinami, sad, studnia, przydrozny krzyz na rozstaju, niewielki kosciol i pola ciagnace sie pod las.
Herb i papiery w kufrze Macieja maja tlo powazniejsze, niz wynikaloby z samej proznosci. Po powstaniu listopadowym wladze rosyjskie prowadzily weryfikacje szlachectwa na ziemiach zabranych: kto nie zdolal udowodnic go dokumentem, traci l stan szlachecki i przechodzil miedzy jednodworcow lub mieszczan. Dla drobnej szlachty zasciankowej papier z pieczecia bywal wiec jedynym dowodem tego, kim sie jest. Duma Macieja jest smieszna — i zarazem ma swoje uzasadnienie.
Odwolanie do krola Stefana wskazuje na Stefana Batorego (1576–1586); w rodzinnych podaniach drobnej szlachty czas panowania tego wladcy funkcjonowal jako umowna miara starozytnosci rodu.
Stelmach to rzemieslnik wyrabiajacy kola i wozy; piasta — srodkowa czesc kola, w ktora wchodzi os. Powolanie sie na stelmacha z Wilna jest w ustach Macieja najwyzsza miara jakosci. Dziegiec sluzyl do smarowania osi; zur — codzienna polewka na zakwasie.
Wyjazd Bartlomieja „za chlebem” do Rygi i praca przy kanale odpowiada realnej sezonowej migracji zarobkowej z guberni wilenskiej do miast nadbaltyckich w XIX wieku. Pozary wsi krytych strzecha byly zjawiskiem powszechnym, a zwyczaj wbudowania ocalalej belki w wegiel nowego domu nalezal do domowej pamieci rodzinnej, nie do obrz edu.
Zdjecie kapelusza przy krzyzu na rozstaju, droga calej wsi na niedzielna msze, szkaplerz w kufrze — to elementy codziennego obyczaju, nie deklaracji religijnych. Wiara jest tu obecna tak, jak bywa obecna w zyciu: przez gest, a nie przez wyklad.
Wladyslaw Syrokomla to pseudonim Ludwika Kondratowicza (1823–1862), przyjety od nazwy herbu rodowego. Urodzil sie w Smolhowie na Minszczyznie, jako bardzo mlody czlowiek pracowal w kancelarii zarzadu dobr radziwillowskich w Nieswiezu, potem gospodarowal na wsi — w Zaluczu nad Niemnem, a od roku 1853 w Borejkowszczyznie pod Wilnem. Przylgnelo do niego okreslenie „lirnik wioskowy”.
Jego zywi olem byla gaweda: opowiesc wierszem o zwyczajnym czlowieku kresowej wsi lub zascianka, prowadzona glosem miejscowego narratora, z lagodnym humorem i bez patosu. Syrokomla duzo tlumaczyl — z laciny poetow polsko-lacinskich, a takze z rosyjskiego, ukrainskiego i francuskiego.
Ciekawostka, o ktorej warto pamietac: napisany przez niego wiersz o pocztylionie stal sie podstawa rosyjskiej piesni „Kiedy sluzylem na poczcie woznica”, do dzis spiewanej przez ludzi zwykle nieswiadomych jej pochodzenia. Utwor polskiego poety z Wilenszczyzny zyskal w ten sposob drugie, calkowicie osobne zycie.
Krotko wieziony przez wladze rosyjskie, zmarl w Wilnie we wrzesniu 1862 roku. Jego pogrzeb przerodzil sie w wielotysieczna manifestacje; spoczal na wilenskiej Rossie. Niniejszy poemat nie jest nasladowaniem zadnego z jego tekstow — korzysta wylacznie z szerokiego ducha gawedy i „swojskosci”, ktorego Syrokomla byl mistrzem.
Данііл Лазько
РАНАК У ПАДГАЯХ
Гутарка
Туапсэ, 21 жніувня 2026
;
РАНАК У ПАДГАЯХ
Гутарка. Аувтарскі пераклад з польскай
Яшчэ не узышла зорка — рыпнулі вароты,
сабака ля парога брахнуў без ахвоты,
а певень на калёсах браў з фальшывай ноты,
і нехта у цёмных сенцах шукаў свае боты.
Зарыпела фурманка недзе каля млына,
відаць, каму на кірмаш прыйшла ужо гадзіна;
пахла сенам пакосау і мокрай зямлёю,
а пастух пад дубровай гукау над ракою.
Аж потым толькі святло з-за альхі праб'ецца,
і мгла ад той рачулкі у даліну кладзецца,
і вёска, як яна ёсць — з калдобай, з гразёю, —
на хвілю здасца людзям амаль маладою.
Мацей — а хто ж бы іншы — ўстау першы у Падгаях,
бо так вядзецца здаўна ў дзедаўскіх звычаях:
каню задау ён сена, пагладзіу — маукліва,
і ціха з ім гаварыў, як з людзьмі, — праудзіва.
Я знаў яго, як бацьку, — памяць не падводзіць:
абодва — нібы груша, што на мяжы родзіць;
радзіць яны любілі, дзе трэба, не трэба,
бо розум не купляюць і не просіць хлеба.
А нешта ён хаваў там на дне старой скрыні:
герб з пячаткай — а колькі у тым старой гардыні!
Страха стара, плот крывы, у хляве нямнога,
затое у свята герб той вісеу ля парога.
Дастане і разложыць, прыцісне рукамі,
і чытае у соты раз літары з кветкамі:
што продак пры Стэфану меув герб і пячатку,
і вёску — нашто, аднак, не знойдзеш адгадку.
Унук Антось са стрыху сышоу, як заўсёды,
высокі, як той ясень ля самае воды;
хлопец кемлівы, здатны, а думкі у сталіцы:
там праца, там навука, там варта вучыцца.
Антося не вінаваць: яму не сядзіцца,
жарабя праз плот скача, хоць ёсць дзе напіцца.
Ды дзеда гэта грызла. Ён гаварыў мала,
толькі хадзіу, як хмара, — і сонца не стала.
Якраз таго паранку увзяліся за колы,
бо кірмаш у мястэчку, а восі — без смолы.
— Ці бачыш ты ступіцу? Дзед твой яе строіу,
стэльмах з Вільні лепшае б і сам не накроіу.
А унук паволі кажа: — Ды што там, ступіца.
— Як «што там»?! Ды у ступіцы больш, чым у сталіцы!
Пайшло нібы пра дзёгаць, пра восі, пра колы,
а ў сэрцы у іх абодвух пякло не ад смолы.
За снеданнем маучалі — адно лыжкі гралі,
а у бабкі над міскамі рукі задрыжалі;
зірне раз на Мацея, потым на ўнучыска,
уздыхне, дальецца жур — на тое і міска.
Апоудні ля плота кум прыйшоу быў па сіта,
а гаварыу без меры — і усё так адкрыта:
— Я чуу, што ваш Антоні ужо у горад бярэцца?
А Мацей вус прыкусіу: — Плятуць. Не вядзецца.
А вечарам у садзе быў даужэй, чым трэба:
глядзеу на яблынь завязь, як бы прасіу неба —
не за сябе, крый Божа: не прасіу нічога, —
а каб было каму усё несці ад парога.
У нядзелю званілі на імшу з касцёла,
і рушыла уся вёска — было усім вясёла.
Мацей ішоу у шапцы — яна бацьку знае;
пры крыжы на ростанях ён яе здымае.
Аж восенню прыйшлося парадкаваць гумна
— перад зімой, як штогод, работа разумна.
На гарышчы, пад стрэхай, куфар стау дубовы,
а помніу ён — хто скажа? — чые у ім галовы.
Ключа ніхто не помніу — паддзелі стамескай,
аж войкнула старое, акутае, з трэскам.
А у куфры: пояс, шкаплер, сукманка, паперы,
а на дне ліст, складзены ўчацвёра, — край шэры.
Чыталі каля акна, схіліушы галовы,
склад за складам, паволі, — там даунія словы:
пісау прадзед Бартламей з Рыгі, у нядолі,
што тужыць і вясною вернецца з няволі.
Бо й ён калісь быў хлопцам, і яму Падгаі
здаваліся цеснымі — не тыя звычаі;
пайшоў па хлеб у горад, капау там канаву,
насіу чужыя грузы — і моучкі, як справу.
А тут дома тым часам — вестка невясёла:
за ноч адну ўсё з дымам пайшло там наукола.
Вярнууся з вузельчыкам ды з дзвюма рукамі,
і рук гэтых хапіла. А больш — за радкамі.
Абгарэлую бэльку — людзі гаварылі —
у вугал новай хаты знарок тады убілі.
Я сам яе бачыу там: чорная гадамі,
трымае вугал дасюль — паухаты плячамі.
Мацей зняу акуляры — ды шкло працірае,
а насамрэч у воку штосьці набрыняе.
Антось не мовіу слова — ліст склау асцярожна,
учацвёра назад — так паволі, набожна.
Назаўтра выйшаў Антось да дня, яшчэ у росы,
глядзеу, як імгла лягла на тыя пакосы.
Тая ж вёска, што учора: гразь, плот і альшына —
а глядзеу, бы упершыню бачыу той хлапчына.
Ці паедзе? Паедзе. Так людзі мяркуюць;
а ногі маладыя камення не чуюць.
А ці вернецца? Прадзед вярнууся ж дадому.
А зрэшты, што я знаю. Не верце старому.
А учора іх абодвух бачыу пры стадоле:
мазалі воз абодва — і зноў ім у поле.
Мацей гаварыу за трох — а слоу, нібы хмары,
Антось слухау, а часам і усмешка на твары.
А сёння, як заусёды: рыпнулі вароты,
певень крыкнуув, сабака зеунуу без ахвоты,
ад касцёла ранішні звон плыу па балоні,
а імгла устала з ракі, дзе фыркаюць коні.
;
RANAK U PADHAJACH
;acinka — biez dyjakryty;nych znaka;
(варыянт без дыякрытыкі: ;;c, ;;s, ;;z, ;;c, ;;s, ;;z, ;;n, ;;l, ;;u)
Jasce nie uzysla zorka — rypnuli varoty,
sabaka lia paroha brachnuu biez achvoty,
a pievien na kaliosach brau z falsyvaj noty,
i niechta u ciomnych siencach sukau svaje boty.
Zarypiela furmanka niedzie kalia mlyna,
vidac, kamu na kirmas pryjsla uzo hadzina;
pachla sienam pakosau i mokraj ziamlioju,
a pastuch pad dubrovaj hukau nad rakoju.
Az potym tolki sviatlo z-za alchi prabjecca,
i mhla ad toj raculki u dalinu kladziecca,
i vioska, jak jana josc — z kaldobaj, z hrazioju, —
na chviliu zdasca liudziam amal maladoju.
Maciej — a chto z by insy — ustau piersy u Padhajach,
bo tak viadziecca zdauna u dziedauskich zvycajach:
kaniu zadau jon siena, pahladziu — maukliva,
i cicha z im havaryu, jak z liudzmi, — praudziva.
Ja znau jaho, jak backu, — pamiac nie padvodzic:
abodva — niby hrusa, sto na miazy rodzic;
radzic jany liubili, dzie treba, nie treba,
bo rozum nie kupliajuc i nie prosic chlieba.
A niesta jon chavau tam na dnie staroj skryni:
hierb z piacatkaj — a kolki u tym staroj hardyni!
Stracha stara, plot kryvy, u chliavie niamnoha,
zatoje u sviata hierb toj visieu lia paroha.
Dastanie i razlozyc, prycisnie rukami,
i cytaje u soty raz litary z kvietkami:
sto prodak pry Stefanu mieu hierb i piacatku,
i viosku — nasto, adnak, nie znojdzies adhadku.
Unuk Antos sa strychu sysou, jak zausiody,
vysoki, jak toj jasien lia samaje vody;
chlopiec kiemlivy, zdatny, a dumki u stalicy:
tam praca, tam navuka, tam varta vucycca.
Antosia nie vinavac: jamu nie siadzicca,
zarabia praz plot skaca, choc josc dzie napicca.
Dy dzieda heta hryzla. Jon havaryu mala,
tolki chadziu, jak chmara, — i sonca nie stala.
Jakraz taho paranku uzialisia za koly,
bo kirmas u miastecku, a vosi — biez smoly.
— Ci bacys ty stupicu? Dzied tvoj jaje stroiu,
stelmach z Vilni liepsaje b i sam nie nakroiu.
A unuk pavoli kaza: — Dy sto tam, stupica.
— Jak «sto tam»?! Dy u stupicy bols, cym u stalicy!
Pajslo niby pra dziohac, pra vosi, pra koly,
a u sercy u ich abodvuch piaklo nie ad smoly.
Za sniedanniem maucali — adno lyzki hrali,
a u babki nad miskami ruki zadryzali;
zirnie raz na Macieja, potym na unucyska,
uzdychnie, daljecca zur — na toje i miska.
Apoudni lia plota kum pryjsou byu pa sita,
a havaryu biez miery — i usio tak adkryta:
— Ja cuu, sto vas Antoni uzo u horad biarecca?
A Maciej vus prykusiu: — Pliatuc. Nie viadziecca.
A viecaram u sadzie byu dauzej, cym treba:
hliadzieu na jablyn zaviaz, jak by prasiu nieba —
nie za siabie, kryj Boza: nie prasiu nicoha, —
a kab bylo kamu usio niesci ad paroha.
U niadzieliu zvanili na imsu z kasciola,
i rusyla usia vioska — bylo usim viasiola.
Maciej isou u sapcy — jana backu znaje;
pry kryzy na rostaniach jon jaje zdymaje.
Az vosienniu pryjslosia paradkavac humna
— pierad zimoj, jak stohod, rabota razumna.
Na haryscy, pad strechaj, kufar stau dubovy,
a pomniu jon — chto skaza? — cyje u im halovy.
Kliuca nichto nie pomniu — paddzieli stamieskaj,
az vojknula staroje, akutaje, z treskam.
A u kufry: pojas, skaplier, sukmanka, papiery,
a na dnie list, skladzieny ucacviora, — kraj sery.
Cytali kalia akna, schiliusy halovy,
sklad za skladam, pavoli, — tam daunija slovy:
pisau pradzied Bartlamiej z Ryhi, u niadoli,
sto tuzyc i viasnoju vierniecca z niavoli.
Bo j jon kalis byu chlopcam, i jamu Padhai
zdavalisia ciesnymi — nie tyja zvycai;
pajsou pa chlieb u horad, kapau tam kanavu,
nasiu cuzyja hruzy — i moucki, jak spravu.
A tut doma tym casam — viestka nieviasiola:
za noc adnu usio z dymam pajslo tam naukola.
Viarnuusia z vuzielcykam dy z dzviuma rukami,
i ruk hetych chapila. A bols — za radkami.
Abhareluju belku — liudzi havaryli —
u vuhal novaj chaty znarok tady ubili.
Ja sam jaje bacyu tam: cornaja hadami,
trymaje vuhal dasiul — pauchaty pliacami.
Maciej zniau akuliary — dy sklo praciraje,
a nasamrec u voku stosci nabryniaje.
Antos nie moviu slova — list sklau asciarozna,
ucacviora nazad — tak pavoli, nabozna.
Nazautra vyjsau Antos da dnia, jasce u rosy,
hliadzieu, jak imhla liahla na tyja pakosy.
Taja z vioska, sto ucora: hraz, plot i alsyna —
a hliadzieu, by upiersyniu bacyu toj chlapcyna.
Ci pajedzie? Pajedzie. Tak liudzi miarkujuc;
a nohi maladyja kamiennia nie cujuc.
A ci vierniecca? Pradzied viarnuusia z dadomu.
A zresty, sto ja znaju. Nie viercie staromu.
A ucora ich abodvuch bacyu pry stadolie:
mazali voz abodva — i znou im u polie.
Maciej havaryu za troch — a slou, niby chmary,
Antos sluchau, a casam i usmieska na tvary.
A sionnia, jak zausiody: rypnuli varoty,
pievien kryknuu, sabaka zieunuu biez achvoty,
ad kasciola ranisni zvon plyu pa baloni,
a imhla ustala z raki, dzie fyrkajuc koni.
;
Беларуская версія — адзіная з трох, дзе форма арыгінала захавана цалкам: трынаццаціскладовік з цэзурай пасля сёмага складу, парная жаночая рыфма. Усе сто чатыры радкі правераны праграмна на колькасць складоу, месца цэзуры і тып канчатку. Гэта не выпадковасць: польскі трынаццаціскладовік і беларускі верш кресовай традыцыі маюць агульны сілабічны корань, і радок тут не даводзіцца перарабляць пад іншую метрычную сістэму.
Тым не менш страты ёсць, і іх трэба назваць проста.
Радок 8. У арыгінале пастух «probowal dwoch glosow» — прабавау два галасы, свой і рэха. У беларускім тэксце засталося толькі «гукаў над ракою»: другі голас страчаны цалкам, бо у шэсць складоў другога паурадка ён не ўкладауся.
Радок 42. Польскі каламбур piasta / miasta («у гэтай ступіцы больш, чым паўгорада») непадуладны даслоўнаму перакладу. Замест яго ўзята пара ступіца / сталіца — гэта не капіраванне, а раўнацэнная замена, і e ёй жарт нават мацнейшы: Мацей мераецца не з паўгорадам, а са сталіцай.
Радок 52. «Nie stoi w papierze» — Мацей адмаўляе плётку спасылкай на дакумент, што дакладна адпавядае яго характару. У беларускім варыянце «Не вядзецца» пераносіць акцэнт з паперы на сямейны звычай. Матыў дакумента тут аслаблены.
Радок 80. «Wiecej w li;cie nie ma» перададзена як «А больш — за радкамі». Сэнс жэсту (апавядальнік спыняецца там, дзе спыняецца дакумент) захаваны, але беларускі варыянт крыху больш вобразны, чым сухі арыгінал.
Лацінка пададзена ў класічным правапісе, дзе мяккасць перад ia, ie, io, iu, i абазначаецца самой галоснай, а знакі c, s, z, n, dz ужываюцца толькі перад зычнымі і на канцы слова. Варыянт без дыякрытыкі прызначаны для сістэм, дзе такія знакі не адлюстроўваюцца; ён чытаецца, але страчвае адрозненне мяккіх і цвёрдых, а таксама ;/l.
Вершаваная гутарка пабудавана на ранішняй раме. Першая і апошняя страфа даюць тыя самыя гукі — рып варот, певень, сабака, звон, імгла над ракою, — але пасля гісторыі прадзеда Бартламея чытач чуе іх іначай. Сэнс нідзе не прамаўляецца.
Пачуцці у тэксце перадаюцца толькі рэччу і жэстам: бабка замест слоў далівае жур, Мацей нібы працірае акуляры, Антось складае ліст назад па старых згібах. Ніводнае пачуццё не названа.
Апавядальнік — перш за усё гутарнік. Ён ведае Мацея з дзяцінства, частку гісторыі мае ад старых, частку бачыў сам («Я сам яе бачыў там»), і адкрыта прызнае межы свайго ведання: «хто скажа?», «А зрэшты, што я знаю. Не верце старому». Ён не выносіць прысуду у спрэчцы дзеда з унукам.
Абгарэлая бэлька, знарок убітая у вугал новай хаты, застаецца без тлумачэння. Няшчасце, убудаванае у дом, трымае сёння яго вугал — і паухаты. Гэта усё, што сказана.
Даниил Лазько
УТРО В ПОДГАЯХ
Гавенда
Туапсе, 21 августа 2026
;
УТРО В ПОДГАЯХ
Гавенда. Авторский поэтический перевод с польского
Ещё не встал рассвет — а скрипнули ворота,
и пёс отряс росу и тявкнул от дремоты,
а на возу петух вовсю распетушился,
и кто-то там в сенях обуться торопился.
Скрипела где-то ось — знать, время подоспело:
кому-то в торг пора, а нам-то что за дело;
и пахло здесь землёй и скошенной травою,
а под лесом пастух окликнул за рекою.
И только после свет из-за ольхи прольётся,
и мгла от речки вверх в ложбину подберётся,
деревня — вся как есть, с распутицей ленивой —
покажется на миг почти что и счастливой.
Мацей — а кто ж ещё — поднялся до рассвета,
так заведён их дом с прадедовского лета:
коню он бросил корм, огладил терпеливо,
и с ним поговорил, как с людом, — не спесиво.
Я знал их, как отца, — и память не подводит:
и оба — как кремень, что на меже находят;
любили дать совет — и к месту, и без толку,
ведь ум не за деньгу, а хлеб — за хлеб, и только.
А что-то он хранил на самом дне укладки:
герб, грамота, печать — и все его загадки!
Изба его стара, и в хлеве-то негусто,
зато на праздник герб — хоть в горнице и пусто.
Достанет, разложит, притиснет их руками,
и в сотый раз прочтёт все буквы с завитками:
что предок при дворе и шпагу знал, и славу,
и хутор, и печать — да на; что? — на забаву.
А внук Антось сошёл с чердачного настила,
высок, как тот ясень, что речка возрастила;
смышлён, понятлив, скор — а мыслями в столице:
там труд, там и наука, там стоит учиться.
Антося не виню я: не сидится дома,
и стригунок за тын — а дело-то знакомо.
Да дед-то мучился. Он говорил немного,
лишь тучей и ходил — от печки до порога.
Как раз в то утро воз готовили в дорогу,
ведь завтра торг, и сено грузить понемногу.
— Ты видишь ступицу? Дед сам её и ладил,
стельмах из Вильны лучше и сам бы не сладил.
А внук: — Ступица, дед, она и есть ступица.
— Как «есть ступица»?! В ней побольше, чем в столице!
О дёгте шёл тот спор, об осях, о колёсах,
а в них обоих жгло — и вовсе не в вопросах.
Молчали за столом — гремели только ложки,
у бабки над мисками ослабли ладошки;
взглянёт на Мацея, потом на внука снова,
вздохнёт, плеснёт жура — и миска, знать, готова.
К полудню у плетня стал кум Викентий с ситом,
как будто за ситом — а сам с лицом открытым:
— Я слышал, ваш Антоний-то в город собрался?
Мацей ус прикусил: — Плетут. Не подписался.
А вечером в саду он медлил дольше срока:
считал по завязи, как будто ждал от Бога —
не за себя, храни Бог: не клянчил он сроду, —
а чтобы было всё кому нести — по роду.
В воскресный день звонил колокол у костёла,
деревня поднялась — и стало всем весёло.
Мацей шёл в шапке — та ещё отца застала;
у креста на росстани снимал — так бывало.
А к осени пришлось прибрать сарай и сени —
пред зимней стужею — разумное веленье.
Под стрехой, в темноте, сундук стоял дубовый,
и помнил он — кто скажет? — ещё чьи головы.
Ключа никто не помнил — поддели стамеской,
и охнула крышка, окована железкой.
А в куфре — пояс, свитка, ладанка, монеты,
а на дне лист вчетверо — вот и все приметы.
Читали под окном, склонившись головами,
по складам, не спеша, старинными словами:
писал прадед Бартломей из Риги, в недоле,
что тужит и весной вернётся — Божьей волей.
Ведь был он молод тоже, и стали Подгаи
тесны — а молодым иные снятся краи;
пошёл за хлебом в город и рыл там канаву,
носил чужую кладь — и молча, как по праву.
А дома между тем случилась злая доля:
за ночь одну всё в дым ушло — и двор, и поле.
Вернулся с узелком — да вот с двумя руками,
и рук тех хватило. А больше — за строками.
Горелую балку — так люди говорили —
нарочно в угол новой избы тогда вбили.
Я сам её видал: черна она годами,
и держит угол — и полхаты за плечами.
Мацей очки снял — будто протирает стёкла,
а вправду в глазу что-то набухло, намокло.
Антось смолчал — и лист свернул он осторожно,
вчетверо, как и был, — так медленно, набожно.
Назавтра встал Антось до света, вышел к росам,
смотрел, как мгла легла по свежим тем покосам.
Всё та ж деревня: грязь, плетень, ольха, осина —
а он глядел, как в первый раз, — такой детина.
Поедет ли? Поедет. Так люди толкуют;
а ноги молодые камней не почуют.
А вернётся ли? Прадед вернулся ведь к дому.
А впрочем, что я знаю. Не верьте старому.
А их вчера обоих видал у сарая:
воз мазали вдвоём — дорога полевая.
Мацей за трёх болтал, как прежде, без отказу,
Антось молчал — а всё ж улыбка шла к рассказу.
А нынче, как всегда: и скрипнули ворота,
петух орал, пёс зевал у тына с дремоты,
от костёла звон утренний плыл над рекою,
а мгла с реки вставала за конской спиною.
;
Польский оригинал написан тринадцатисложником с цезурой после седьмого слога и парной женской рифмой — силлабическим, а не силлабо-тоническим стихом. В русском языке силлабика звучит архаично и неестественно, поэтому перевод выполнен шестистопным ямбом с женской рифмой: тринадцать слогов в строке сохранены, но цезура сместилась к шестому слогу, а сам стих стал акцентным. Это первая и главная потеря — исчезла именно силлабическая природа польской гавенды. Все сто четыре строки проверены программно на количество слогов и тип окончания.
Строка 42. Каламбур piasta / miasta («в этой ступице больше, чем полгорода») буквально непереводим. Взята равноценная пара ступица / столица; шутка сохранена и даже усилена — Мацей меряется уже не с половиной городка, а со столицей. Это редкий случай, когда перевод приобретает, а не теряет.
Строка 68. «A na dnie list zlozony we czworo — brzeg szary» — серый край сложенного вчетверо письма. В русском варианте осталось «вот и все приметы»: цвет и ветхость бумаги утрачены полностью. Деталь была хороша, и замена ей не равна.
Строка 104. Последний образ оригинала — «pod parskanie koni», туман встаёт над рекой под фырканье лошадей. В переводе — «за конской спиною»: лошадь осталась, звук исчез. Потеря приходится на самую последнюю строку поэмы, где звук был важнее всего, и оправдать её нечем — рифменная пара на «-ою» иного решения не дала.
Строка 92. «Chlopczyna» — уменьшительно-ласкательное, с оттенком жалости и нежности. Русское «детина» передаёт тепло, но переносит акцент на рост, а не на малость. Смысловой сдвиг небольшой, но он есть.
Строка 38. Просторечное «trza» — единственное место, где говор входит в речь самого рассказчика, а не персонажа. В русском тексте этот слой снят.
Слова «жур», «свитка», «куфер», «стельмах», «ступица» сохранены как реалии: они принадлежат Виленщине и заменять их общерусскими эквивалентами значило бы стереть место действия.
Поэма построена на утренней раме. Первая и последняя строфы дают один и тот же набор звуков — скрип ворот, петух, зевающий пёс, колокол, туман над рекой, — но после истории прадеда Бартломея читатель слышит их иначе. Смысл нигде не проговаривается: он возникает из самого повтора. Финал ничего не объясняет и именно поэтому говорит больше любой морали.
Главный принцип текста — предметность. Чувство передаётся только вещью и жестом. Бабка вместо слов подливает жур: на то и миска. Мацей не плачет — снимает очки, будто протирает стёкла. Антось не отвечает деду — складывает письмо обратно по старым сгибам, медленно и набожно. Ни одно чувство в поэме не названо по имени.
Рассказчик — прежде всего гавендяж, и только потом поэт. Он знает Мацея с детства, помнит его отца, часть истории имеет от стариков, часть видел сам («Я сам её видал»), и открыто признаёт границы своего знания: «кто скажет?», «А впрочем, что я знаю. Не верьте старому». Поэтому он не выносит приговора в споре деда с внуком — он его пересказывает.
Юмор растёт из характеров, а не из положений. Герб идёт на стену по большим праздникам, хотя в хлеву негусто. У предка были и шпага, и печать — «да на; что? — на забаву». Кум Викентий приходит будто бы за ситом, а болтает без умолку. Вспышка Мацея — «В ней побольше, чем в столице!» — смешна, но не унизительна: смеёмся вместе с ним.
Конфликт не принимает формы спора о принципах. Он разыгрывается при мазке телеги, за завтраком, у плетня и в саду. Для Мацея ступица — доказательство преемственности рода; для Антося ступица есть ступица. Разговор о дёгте и осях — только форма, в которой оба говорят совсем о другом.
Поворотная точка — письмо из Риги и обгорелая балка, нарочно вбитая в угол новой избы, — оставлена без комментария. Открытие не заставляет Антося остаться; оно меняет только способ смотреть. Наутро он видит ту же деревню, ту же грязь и ту же ольху — но глядит, как в первый раз. Балка говорит сама за себя: беда, встроенная в дом, держит сегодня его угол.
Владислав Сырокомля — псевдоним Людвика Кондратовича (1823–1862), взятый по названию родового герба. Родился в Смолгове на Минщине, совсем молодым служил в канцелярии управления радзивилловских имений в Несвиже, затем хозяйствовал в деревне — в Залучье над Неманом, а с 1853 года в Борейковщине под Вильно. За ним закрепилось прозвание «деревенский лирник».
Его стихией была гавенда — рассказ в стихах о самом обыкновенном человеке кресовой деревни или застенка, ведённый голосом местного рассказчика, с мягким юмором и без всякого пафоса. Сырокомля много переводил: польско-латинских поэтов с латыни, а также с русского, украинского и французского.
Любопытная подробность: его стихотворение о почтальоне легло в основу русской песни «Когда я на почте служил ямщиком», которую поют до сих пор — обычно не подозревая о её происхождении. Так вещь польского поэта с Виленщины получила вторую, совершенно отдельную жизнь. Внимание. Текст относиться к Российской империи и не имеет отношения к сегодняшней ситуации.
Недолго сидел в тюрьме по распоряжению российских властей; умер в Вильно в сентябре 1862 года. Похороны обернулись многотысячной манифестацией; похоронен на виленском кладбище Расу. Настоящая поэма не подражает ни одному его тексту: она пользуется только широким духом гавенды и «свойскости», мастером которых он был.
Свидетельство о публикации №126082107563