Pamietnik Israella-Sarah. Auschwitz
Pami;tnik Yisraella-Sary. Auschwitz - Auschwitz
Ariel Abarbanel
Pami;tnik Yisraella-Sary. Auschwitz - Auschwitz
Od pocz;tku ta podr;; by;a jak zaczarowana. Zaj;;o nam to du;o czasu, ale wyjechali;my w czwartek. Ta wiosenna przerwa trwa dwa tygodnie. Najpierw chcieli;my pojecha; do babci w Rosji, ale w pierwszym tygodniu kaszlali;my . (wirusy s; teraz nie tylko okres wiosna-jesie;, ale sta;y, wp;ywaj;c na uk;ad oddechowy: wsz;dzie s;ycha; „kuh da kuh"). Przez drugi tydzie; pakujemy si; codziennie, wk;adamy co; do torby podr;;nej. W czwartek, w ko;cu po po;udniu, wyszli;my. Droga prowadz;ca do Utrechtu by;a prawie wolna (Okaza;o si;, ;e w tym dniu jest to ;wi;to ko;cielne). Z rado;ci; jechali;my t; autostrad; w kierunku Niemiec. Nagle pojawi;y si; zakazane znaki i znaki na objazd przed nami. Objazd, objazd, objazd. Kr;cili;my d;ugo, wracaj;c do punktu startu, jak oczarowani, a; hodowca ps;w na „Skodze" przejecha; przed nami spory dystans i doprowadzi; nas na w;a;ciwy tor. Potem podr;; sta;a si; nudna, s;o;ce gas;o, a by; wiecz;r i wszyscy ruszyli;my naprz;d w kierunku Niemiec.
Obudzi;em si; wcze;nie rano. S;o;ce ;wieci;o i nieznane ptaki ;piewa;y radosnym ;piewem, a wszystko p;kn;;o zieleni;, drzewami, ziemi;. Byli;my ju; w Polsce. Wczesnym rankiem drogi by;y prawie puste, a my p;dzili;my do przodu z du;; pr;dko;ci;. Bardzo podoba mi si; szybko;; i ciesz; si;, gdy widz; liczby 150, 170 na pr;dko;ciomierzu. To ;wietnie!
Nast;pnie opu;cili;my autostrad; i weszli;my na drog; prowincjonaln;. Po obu stronach sta;y wysokie sosny blisko siebie i pachnia;y lasem, sosnowym lasem. To niesamowite! Nawigacja wiod;a naprz;d kr;tymi i malowniczymi drogami w kierunku Auschwitz. W odleg;o;ci pi;ciu mil od miejsca docelowego tata zatrzyma; samoch;d, aby zapyta;, czy to w;a;ciwa droga. Tata zacz;; w;tpi;, bo las, przez kt;ry przeje;d;ali;my, nie by; sko;czony.
Z farmy wysz;a kobieta, a to by;o gospodarstwo, i wyja;ni;a, ;e Auschwitz jest jeszcze pi;; kilometr;w dalej. Ale ;e to nie jest Auschwitz, kt;rego potrzebujemy i ;e nie jeste;my pierwszymi, kt;rzy ich myl; i przybywaj; tutaj. A „nasz" Auschwitz jest jeszcze dwie;cie kilometr;w st;d. By;o oko;o trzeciej po po;udniu i tata zacz;; si; zastanawia;, czy uda nam si; dotrze; do szabatu. Czy mo;emy znale;; hotel?
„Czy wynajmujesz pokoje?" zapyta; Justin;, w;a;cicielk; tej ma;ej posiad;o;ci.
Justina odpowiedzia;a, ;e w zasadzie - „tak", ale teraz mieszkaj; z my;liwymi z Danii, - nie b;dziemy sobie przeszkadza;. Tata poprosi; mnie, ;ebym zobaczy; numer. Pok;j by; niesamowity. Wynegocjowa; cen; i ;niadanie. Zatrzymali;my si; tutaj w Brzyniu na dwie noce, aby sp;dzi; szabat.
„;owcy" w og;le nam nie przeszkadzali. Byli to dwaj wielcy, grubi Wikingowie z Danii. Siedzieli przy stole ca;; noc, pij;c whisky, Pepsi Coca-Col; i jedz;c pude;ka cukierk;w z ;elatyny Haribo, niewinnych zab;jc;w zaj;cy i jelenie. W ci;gu dnia Polacy przychodzili je odebra;, zabierali swoje wielkie pistolety i wychodzili na „polowanie". Potem wracali i siadali do sto;u a; do nocy, spokojnie dyskutuj;c o czym;, najwyra;niej: ulotne ;ycie zaj;cy i ich haniebny koniec.
Gospodarstwo mia;o patio z czterech stron otoczone kamiennymi budynkami. By; tam czarny, sk;adany pies, kt;ry lubi; sika; na przedni zderzak naszego samochodu. Ten pies i ja grali;my. Za budynkami znajdowa; si; ma;y staw. Pan Yang, w;a;ciciel farmy, powiedzia;, ;e lubi s;ucha; ;ab rechotaj;cych ze stawu wieczorami. I dlatego nigdy nie sprzeda tej farmy.
Zapali;em ;wiece i by; szabat. Jedli;my sma;one ryby, kt;re tata zrobi; i pyszne lody. Nast;pnego ranka, po Kiddush i bardzo obfitym i smacznym lunchu, przeszli;my przez las. To by;o wspania;e! R;;ne g;osy ptak;w mo;na by;o us;ysze; ;piewaj;c w powietrzu. Po raz pierwszy us;yszeli;my cocking kuku;k;: Wow-whoo-whoo! Szli;my przez pole w stron; lasu, gdzie nie by;o ogrodze;, ogrodze; kolczastych. W pobli;u bieg; strumie;, z kt;rego nieliczni w;dkarze ;owili bez ;adnych licencji, zezwole; i obaw o grzywny. To by;a idylla! Po spacerze po wsi wr;cili;my do naszego „hotelu". Go;cinna Polka pocz;stowa;a nas smacznym, ;wie;ym, ;wie;o upieczonym ciastem. S;o;ce zachodzi;o. Z okna znajdowa;o si; ogromne gniazdo bociana, kt;re zbudowa; na latarni. Sta; nieruchomo z wyci;gni;t; szyj; i zdawa; si; my;le; o czym; bardzo wa;nym. Sta; w swoim gnie;dzie nad m;odymi, a za nim pojawi; si; dysk ogromnego pomara;czowego s;o;ca, s;o;ca, kt;re daje ;wiat;o i ciep;o wszystkim mieszka;com naszej pi;knej planety. Dzie; zanika;. Sabat si; ko;czy;. Jak mama napisa;aby w swoich notatkach, „dzie; min;; spokojnie".
Nast;pnego dnia rano spakowali;my si; i wyszli;my. The Hare Killers poszli z trofeami (z wszelkimi ko;;mi i czaszkami, kt;re p;;niej przywi;zuj; do ;cian swoich mieszka; i dom;w) do Danii w swoim mercedesie, a my do Auschwitz.
Tata zapyta; Justin;, jak t;umaczy si; to imi;. Polochka zastanowi;a si; chwil; i odpowiedzia;a:
Tak, ceremonia.
Zoar, po hebrajsku, tak papie; my;la; o sobie.
Auschwitz, jak rozumiemy, s; trzy w Polsce.
Droga przed w;a;ciwym punktem r;wnie; zosta;a wykopana. Autostrada zosta;a poszerzona i zbudowana, podobnie jak w innych cz;;ciach Europy. Nawigacja nie wiedzia;a, gdzie i;;, by;em zdezorientowany. Po raz kolejny przejechali;my przez nieznany teren, nie znajduj;c w;a;ciwej drogi.
W pewnym momencie na znakach drogowych czytamy „Auschwitz". Po chwili pojawi;a si; wysoka ceglana ;ciana ciemnobr;zowego koloru. wysoki budynek za wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego. Tata zaparkowa; samoch;d i poszed; si; dowiedzie; - gdzie jest wej;cie do tego „muzeum"?! Na pocz;tku nigdy nie znale;li;my wej;cia, ale ca;y czas kr;;yli;my i wracali;my do tego budynku i bramy, kt;ra nie by;a „wej;ciem".
Tata powiedzia; mi, ;e kiedy si; nie urodzili;my, przychodzi; tu z innymi c;rkami. Mieli te; wakacje. Ich koledzy z klasy zostali zabrani do r;;nych Krain Disneya, rozrywki, a tata zabra; ich tutaj.
M;wi, ;e ka;da osoba powinna pewnego dnia odwiedzi; to miejsce, aby zastanowi; si;, jak tymczasowe, przej;ciowe i zmienne jest wszystko. I zawsze nale;y o tym pami;ta;. Pami;taj i honor.
Tata wr;ci; z biura i powiedzia;, ;e jaki; polski pracownik wskaza; mu „w prawo", ;e mia;o by; wej;cie do pomnika. Szli;my d;ugo i pozornie bez ko;ca wzd;u; nudnego, z;owieszczego drutu kolczastego. By;y na nim znaki, kt;re pokazywa;y czaszk; z ko;;mi i m;wi;y, ;e drut zosta; pora;ony pr;dem i ;e zabija. By;y te; oznaki, ;e ka;dy, kto zbli;y si; do ogrodzenia, zostanie natychmiast rozstrzelany. Droga wydawa;a si; niesko;czona. Z przodu znajdowa; si; ma;y parking z zaparkowanymi na nim samochodami. Wysokie ogrodzenie oddziela;o j; od terenu obozu. Tata podszed; do intryguj;cego m;;czyzny, nacisn;; numer „jeden". Co; sycza;o w dynamice, potem ogromne bramy skrzypi;y, ociera;y si; i powoli zacz;;y si; toczy;.
Sk;d wiedzia;e;, tato, kt;ry numer wcisn;;?
Nie wiem, kochanie.
Min;li;my du;y dziedziniec ze z;amanym, pop;kanym asfaltem i doszli;my do innej bramy. Brama by;a otwarta. Weszli;my. Zaraz po prawej stronie znajdowa;a si; niewielka elewacja i struktura przypominaj;ca bar.
To rusztowanie. To tutaj wieszali swoje ofiary. Lina ci;gn;;a szyj;, kr;gos;up z;ama; si; pod ci;;arem cia;a, ofiara dusi;a si; i umiera;a.
Zeszli;my kilka krok;w w d;; do jakiej; piwnicy. Nieprzyjemny betonowy pok;j z kwadratowymi otworami w suficie. Sala jest wype;niona wieloma turystami. G;osy s;ycha; po w;osku, hebrajsku. I by;y grupy m;;czyzn z Izraela. Gburowaty, niewymowny. Wszystkie napisy na tablicach s; w trzech j;zykach – polskim, angielskim, hebrajskim.
Ten „pok;j" by; „prysznic". Ludzie zostali zaproszeni do „mycia", a zamiast wody w otworach w suficie wykonane ma;e kulki z blaszanych puszek (ich pr;bki mo;na zobaczy;, zapisane w eksponatach muzealnych) o nazwie „Cyklon B". Po Kiedy wszyscy dusili si; i padli na pod;og;, przenoszono ich do nast;pnego „pokoju", ju; mniejszego i spalonego. Widzieli;my te piece. Jeste;my dzie;mi, gramy w co;. Dano nam powa;n; uwag;, aby zachowa; milczenie w tym krematorium.
W rebi Isroel m;wi si;, ;e jest „duch ko;ci". Ten „duch" mo;e by; zachowany przez trzysta lat, a; zabrzmi nad nim imi; Najwy;szego i modlitwa. Pewnego dnia zawi;z; swoich chasyd;w daleko w g;;b lasu. Byli spragnieni. Pili i, oczywi;cie, powiedzieli b;ogos;awie;stwo.
Dlaczego zawi;z; nas tak daleko? Wiedzieli, ;e w;cieklizna nigdy nie robi nic bez sensu.
Nale;y pami;ta;, ;e trzech ;yd;w zosta;o zamordowanych w tym miejscu dawno temu. Ich dusze nie mog;y powsta;, dop;ki nie powiedzia;y „Brahi" w tym miejscu.
Je;li to prawda, to ile dusz i „ko;ci duchowych" w tym przekl;tym krematorium nie mo;e „wzrosn;;"?!
Wyszli;my na zewn;trz. By;o ;wie;o i ch;odno. Ca;y czas dr;y;o. Niebo p;aka;o bez ko;ca nad tym miejscem, gdzie zabito i torturowano „miliony" ludzi.
Szli;my dalej wzd;u; barak;w wzd;u; ;cie;ek pokrytych t;uczonym kamieniem. Pod znakiem „Arbeit macht frei" tata poprosi; przechodni;w, ;eby zrobili nam wsp;lne zdj;cie.
Podbieg; polski ochroniarz:
Gdzie jest bilet? Gdzie jest bilet? - Krzycza;. – Id; do biura, kup to.
Nie mamy nic przeciwko, prosz;. „Oczywi;cie, ;e to kupimy", powiedzia; tata, nie k;;c;c si; i udali;my si; do biura.
Mamy nowe zasady - wyja;ni; w biurze - ju;, bo przez dwa miesi;ce nie mo;na kupi; fizycznych bilet;w. Tylko online. A je;li s; miejsca, oczekiwanie mo;e potrwa; co najmniej pi;; dni. A teraz prosz; wyj;; na zewn;trz, albo zadzwonimy po ochron;.
Tata, oczywi;cie, nie k;;ci; si; i udawa;, ;e si; zgadza. Po cichu ust;pili;my i wr;cili;my do obozu. Po tym wszystkim, to nie na darmo, ;e przejechali;my 1 200 kilometr;w z tak wiele k;opot;w i trudno;ci!
Przez d;ugi czas chodzili;my do r;;nych barak;w, „francuskich", „holenderskich", „belgijskich". Gdzie „wydawali" naszych wsp;;obywateli ;yd;w do „przerobu"; wysy;ano ich na ;mier;.
Widzieli;my pojemniki wype;nione niezliczonymi okularami, butami, ludzkimi w;osami, protezami... Z;owrogie i straszne! Niemcy punktualnie zbierali cudze mienie, niczego nie wyrzucaj;c, bior;c wszystko pod uwag;, robi;c notatki. Robi si; ciemno. Ju; na ulicy tata modli; si; do „Minki". Deszcz narasta;. Niekt;rzy go;cie rzucili si; do wyj;cia, „muzeum" by;o zamkni;te.
Szli;my konkretn; ;cie;k;, kt;ra prowadzi gdzie; w d;; i w g;r;. Zaczerpnijmy ;wie;ego powietrza. By;o ciemno i wci;; m;a;o jego nieko;cz;ce si; requiem.
Wyszli;my z bram, kt;rych tak d;ugo szukali;my na pocz;tku i nie mogli;my znale;;.
Gdzie jest nasz samoch;d?
Samochodu nigdzie nie by;o. Poszli;my w lewo - nie ma parkingu. Poszli;my w prawo - nie, te; nie. Nigdzie. Tata by; zdezorientowany. Noc, zimno. Pada deszcz. Troje ma;ych g;odnych dzieci. Nie ma samochodu z jedzeniem i dokumentami. Za obozem koncentracyjnym, w kt;rym (na szcz;;cie!!!) nie mo;na wr;ci; - bramka obraca si; tylko w jednym kierunku - zwalniaj;c, ale nie wpuszczaj;c.
Postanowili;my, ;e je;li udamy si; po obozie, logicznie rzecz bior;c, na pewno spotkamy si; z parkingiem, na kt;rym zaparkowany by; nasz samoch;d. Noc by;a g;stnia;a. Moje stopy s; zm;czone. Szli;my i szli;my wzd;u; wysokiego nieko;cz;cego si; p;otu. Ch;opcy znosili i milczeli. To by;a bezgwiezdna mokra noc. Chodzili;my jak konspiratorzy w k;;ko, jak muzu;manie chodz;cy modl;c si; wok;; Kaby, wykonuj;c ta;ce izoteryczne, jak chodz; poganie, ;ydzi chodz;cy po bimie; jak planety kr;;; wok;; luminarza, a galaktyka wok;; siebie. Chodz;c przeciwnie do ruchu wskaz;wek zegara, by; mo;e pr;buj;c przyci;gn;; szczeg;ln; energi; kosmiczn;.
;aden z przeje;d;aj;cych samochod;w nie zatrzyma; si; przed wyci;gni;t; r;k; Taty, cho; zazwyczaj Polacy s; zawsze gotowi do pomocy. Tym razem poszli;my boczn; ulic; w lewo. Papie; sta; zdecydowanie przed przej;ciem zebry z wyci;gni;t; r;k;. Przed zebra niezdecydowanie zatrzyma;, ma;a maszyna zamar;a. Po d;ugiej przerwie okno pasa;era otworzy;o si;. Tata podszed; i wyja;ni; kierowcy, ;e „zgubili;my" samoch;d, poprosi; o pomoc. Wystarczy przejecha; ko;o wok;; pomnika. Kobieta odpowiedzia;a entuzjastycznie na nasz; pro;b;. Powiedzia;a: „Wyrzuc; tylko ;mieci." Uwolni;a samoch;d z ogromnych work;w na ;mieci i weszli;my do ;rodka. Chod;my. Tym razem pojechali;my w innym kierunku i tylko, przekroczyli;my drog; i skr;cili;my w prawo, gdy zobaczyli;my zar;wno w;a;ciwy parking, jak i nasz samoch;d! Co za rado;;! Podzi;kowali;my kobiecie i wysz;a zadowolona, ;e mog;a pom;c. Tata pozwoli; nam je;; i pi;, a on modli; si; do Minhu w zanikaj;cych promieniach umieraj;cego s;o;ca pod horyzontem pod wszechobecnym py;em wody.
Czy jutro rano p;jdziemy znowu do tego muzeum? Zapyta; tata ze smutnym u;miechem.
Nie!
To mi wystarczy. Na ca;e ;ycie, wydosta;my si; st;d szybko i daleko!
Tej nocy sp;dzili;my noc w eleganckim hotelu, w eleganckim pokoju. Tam spotkali;my pi;kn; 34-letni; kobiet;. Sylwia, pi;kna. By;a z nami tak szcz;;liwa, podnios;a si; i gra;a z nami. Ona, podobnie jak nasza matka, zosta;a porzucona przez biologicznych rodzic;w i umieszczona w nieznajomej rodzinie, gdzie dorasta;a. Naprawd; chcia;a da; swoim dzieciom, kiedy by;y, prawdziw; matczyn; mi;o;; w swojej rodzinie.
Nast;pnie pojechali;my do Krakowa. To bardzo pi;kne du;e miasto. Yehezkel ca;y czas prosi; o pizz; i kupili;my dwie naraz, z tu;czykiem i czterema serami. Potem je;dzili;my bia;ym powozem. By; jeszcze czas do ko;ca dnia i ciemno;ci i udali;my si; w inn; dzielnic; miasta o nazwie „Kazemirysz". Na tym terenie ;ydzi mieszkali przez setki lat. Zatrzymali;my si; na „Wide Street", zaparkowali;my. Stara synagoga, przekszta;cona w muzeum, zosta;a zamkni;ta. Restauracje i kawiarnie u;ywa;y ;ydowskich symboli i nazw, ale nie by;y koszerne. Tak wi;c trend w modzie, folklor - przyn;ta dla turyst;w. Zamkni;to ma;;, star; synagog;. W innej sali-kawiarni o ;ydowskiej nazwie ludzie przebrani za „Hassid;w" palili tylko, palili, palili. Byli niemile widziani i niewypowiedziani. Postanowili;my nie zosta; na noc, aby i;; rano na modlitw; (bo minyan mo;e tam nie by;). Postanowili;my r;wnie; nie zosta; na Szawuot, poniewa; nie by;o r;wnie; wiadomo, czy b;dzie minjan i ;wi;teczne b;ogos;awie;stwo, czy te; nie. Postanowili;my wr;ci; do domu.
Dzieci, idziemy? - Tata powiedzia;.
Zawsze konsultuje si; z nami jak z doros;ymi.
Szli;my drog; w kierunku Niemiec. Kilka razy udali;my si; do kilku hoteli przy drodze, staraj;c si; zosta; na noc. Wszystkie by;y „pe;ne".
Noc sp;dzili;my w samochodzie. Rano kupili;my w supermarkecie, zjedli;my ;niadanie i jechali;my, jechali;my, jechali;my. Luksusowa przyroda, luksusowy kraj Polska. Pe;ne lasu i wdzi;ku.
Pod wiecz;r na desce rozdzielczej Volvo lampka „Stop Pilnie. W przeciwnym razie silnik poniesie nieodwracalne uszkodzenia." Tata nacisn;; przycisk „SOS" wbudowany w sufit. My;la;, ;e to w porz;dku, wr;cimy do domu jakie; 500 kilometr;w. Nie wiem, jaka lampa si; zapala! Ale instalatorzy-doradcy nalegali na zatrzymanie si; i zjechali;my z drogi na ma;y parking. Tam jedli;my, bawili;my si;, skaka;y;my i biega;y;my. Robi;o si; ch;odno. Przysz;a laweta i brodaty niemiecki wuj za;adowa; nasz samoch;d i nas do swojej ci;;ar;wki. Pojechali;my do Braunschweig. Poprosili;my o zabranie nas samochodem do Holandii, ale firma ubezpieczeniowa odm;wi;a. Powiedzieli, ;e je;li b;dziemy troch; bli;ej granicy, sto kilometr;w, to tak!
Byli;my na parkingu z naszym zepsutym samochodem przed gara;em Volvo. Odleg;y obszar, gdzie nie by;o ludzi, nie by;o dom;w! Potem grali;my, biegali;my po korcie mi;dzy nowiutkimi, b;yszcz;cymi samochodami.
W porz;dku, dzieci, idziemy?
Куда?
W nieznane. O co w tym wszystkim chodzi? Wiesz o tym! Aby Papie; Niebieski, kt;ry nas obserwuje i kocha, m;g; upewni; si;, ;e nie j;czymy i nie narzekamy, ale tylko radujemy si; i ;miejemy. Wi;c, idziemy?
Przeszli;my przez ca;y teren pe;en samochod;w. Przej;; przez drog;. Pukali;my do domu z zapalonym ;wiat;em w ;rodku. Oni nas otworzyli. Okaza;o si;, ;e by;a to stacja pogotowia ratunkowego o ;miesznej nazwie Samarytan.
Jaka; stara kobieta dzwoni;a przez d;ugi czas i gdzie; rozmawia;a. Potem wysz;a, da;a jej wydrukowany arkusz i nazw; hotelu. Idziemy. Szli;my i szli;my. ;aden z wielu przeje;d;aj;cych samochod;w nie zatrzyma; si; w naszych wyci;gni;tych d;oniach. ;aden kierowca nie pojawi; si;, aby nam pom;c:
„Tut mir leit. Keine zeit." - by;y standardowe odpowiedzi.
To ludzie bez serca. Nie chc; tu mieszka; – podsumowa; tata.
Nic dziwnego, ;e to miasto nazywa si; „Br;zowa Cisza". Dlaczego „Br;zowa"? Z czego s;ynie to miasto? Tam Hitler otrzyma; niemieckie obywatelstwo.
Przez d;ugi czas, przyjechali;my do hotelu. Po drodze sprawdzili;my tras; z rzadkimi przechodniami. Wszyscy byli bardzo pijani.
Hotel „Wiosna" znajdowa; si; w samym centrum miasta. Bardzo luksusowy i zamo;ny hotel. Myli;my si; pod prysznicem, a potem oddajemy si; i oddajemy. Tata nakarmi; nas, modli; si; i poszed; spa;. My te; poszli;my spa;. To by; bardzo pracowity dzie;, ale te; wysch;.
Nie mog;em zasn;; i my;la;em z lekkim smutkiem o «duchu ko;ci», o duszach, kt;re nie mog; «wzrosn;;» bez modlitwy na zewn;trz. Pomy;la;em o ;azience z krematorium w szatni i wyszepta;em cicho:
Niebia;ski Tato! Jak to mo;liwe? Tylko ;ydzi w tym miejscu zniszczyli 1.100.000!!! Jak to jest mo;liwe! Je;li moja ma;a modlitwa mo;e pom;c, niech niekt;re dusze zabitych powstan; i przyjd; prosto do Ciebie w Twoim Ogrodzie Eden. Amen. Jeste;my Amen. Zasn;;am g;;boko.
Wcze;nie rano tata poszed; do gara;u z nazwiskiem w;a;ciciela, bardzo w zgodzie ze s;owem „Schmerze", co oznacza b;l, cierpienie. Musia; odda; kluczyki do samochodu i sprawdzi;, czy mog; to naprawi;.
Po po;udniu tata wr;ci; na rower, kt;ry mu wypo;yczyli w tym gara;u. Jeszcze si; nie obudzi;em. Tata mia; czerwone ryby, ;oso;. Po prostu trzeba by;o go rozgrza;. Poszli;my do restauracji, ale ca;kowicie nam odm;wiono. – Menschen ohne Herz – powiedzia; znowu papie;.
Masz tu synagog;? - zwr;ci; si; do recepcjonisty, nie spodziewaj;c si; pozytywnej odpowiedzi, - jak tu w tym mie;cie mo;e by; synagoga i spo;eczno;; ;ydowska?!
Tak, tu; za rogiem przysz;a niespodziewana odpowied;.
Drzwi otworzy;y si; na nasze wezwanie. Przeszli;my przez pokoje i korytarze budynku, zagl;daj;c do zamkni;tych pomieszcze;. Mieli;my ju; wychodzi;, ale otworzy;em jedne z drzwi i stamt;d us;ysza;em rosyjsk; mow;. Drzwi s; zamkni;te. Potem tata tam zagl;da;. Powiedzia;em cze;;. Wszyscy w ;rodku byli tubylcami z by;ego Zwi;zku Radzieckiego i m;wili po rosyjsku. Ogl;dali jaki; film animowany o Izraelu. Zostali;my przywitani bardzo przyjazny, wszystkie pytania i wolno podgrza; ryby przyni;s; z nami w piecu, cho; by;o to surowo zabronione.
Jedli;my ryby i matz;, kt;rych by;o mn;stwo, i zacz;li;my si; ;egna;.
Zosta; z nami w Szawuot! Zosta;! Zosta;!
Nie zostali;my. Po;egnali;my si; ze starszymi, zm;czonymi kobietami, kt;re gra;y w tenisa w holu i wysz;y na zewn;trz. Skromne s;o;ce u;miecha;o si; do nas zza bia;ych chmur. Rower za;adowywali;my jak osio;, tata posadzi; mnie na baga;niku i zaw;drowali;my w stron; „przemys;owego terytorium" do gara;u zwanego „Schmerze".
W gara;u grali;my i bawili;my si;, biegali;my, niegrzeczni. A tata zosta; zbesztany za nas i s;ysza; tylko krzyki po niemiecku: "Nie mo;esz! Zacz;li;my te; ;artowa;: „Handen hoch! Zatrzymaj si;, „zachowuj si; normalnie, albo wy;l; ci; do komory gazowej".
Ostatecznie nasza firma ubezpieczeniowa otrzyma;a d;ugo oczekiwan; wiadomo;;, ;e samochodu nie mo;na naprawi; w ci;gu dw;ch dni. Zacz;li szuka; dla nas „samochodu do zmiany". Znaleziono go tylko w oddalonym o 50 kilometr;w mie;cie Hannover. ;;;ta taks;wka podjecha;a po nas. Starszy taks;wkarz, oczywisty rodak i syn Wschodu, komunikowa; si; z nami w j;zyku migowym i kilku niemieckich s;owach ze swojego magazynu. W;o;y; nasz ma;y w;glowodan do baga;nika i ruszyli;my.
Z Hanoweru wracali;my nowiutkim Volkswagenem, „samochodem dla ludu", kt;rego inicjatorem by; ten sam os;awiony Hitler.
– Tak – westchn;; tata – lepszy zupe;nie nowy VW ni; u;ywane Volvo, BMW, MB czy jakakolwiek inna marka. Nowe jest nowe!
Naprawd;, maszyna by;a niesamowita. Szybko i cicho pobieg;a w stron; naszego domu. Bawi;em si; jej ustawieniami przez ca;; drog;, zmieniaj;c wewn;trzne o;wietlenie - tak! Wyobra; sobie, ;e by;a taka opcja! Zrobi;em ;wiat;a w kabinie r;;owe i niebieskie - ;wietna gra!
Nasz samoch;d sta; w Brunszwiku, w Br;zowej Ciszy, czekaj;c na transport do Holandii. To by;o nie do pocieszenia, aby sp;dzi; noc z moim Mr Bean „Misia", moje nowe sanda;y i wiele, wiele wi;cej.
Ale wszyscy byli;my – Chwa;a i Chwa;a Niebia;skiemu Papie;owi! - ;ywy i dobrze.
Wyobrazi;em sobie przed oczami obraz tego, jak przywo;ono naszych krewnych, ;yd;w i w og;le r;;nych ludzi na „stacj; ko;cow;", gdzie zabierano im walizki z najcenniejszymi rzeczami, rozbierano ich. Zdj;li drogie im suknie i kostiumy; obci;li drogie im kobiece warkocze; wyrywali z;ote korony z ust, je;li w og;le by;y. Rozebrany nago. I uprzejmie z u;miechem Ubermensch, Superman, zosta; poproszony, aby przej;; do prysznica, do k;pieli.
A potem ci ludzie nigdy nie odzyskali swoich uroczych misi;w, sanda;;w, lalek i samochod;w. Nigdy wi;cej nie zobaczyli swoich walizek, sukienek i garnitur;w. Nie, nie, nie! Nawet ich wyczerpane, cienkie cia;a zosta;y im odebrane przez najbardziej inteligentn; ras;; po prostu je spalili. Popio;y wsypywano do ;mieci, a dym rozprasza; wiatr.
I tylko w tej strasznej garderobie s; duchy-dusze milion;w skazanych na wznoszenie si; z tego strasznego miejsca do nieba, patrzenie na swoje walizki i inne rzeczy, kt;re sta;y si; niepotrzebne bez ludzkiego cia;a...
A ja, ma;a dziewczynka, szepcz; cicho, drogi Rabbi Yisroelu! M;dlmy si; razem, aby wszystkie dusze, je;li tu pozostan;, powsta;y i powr;ci;y do swego ;r;d;a, Boskiej przyjemno;ci i ;wiat;a! I niech modl; si; za nas tak;e z Nieba!
Itgadal viItkadash Shmei Raba!
25.05.2026 Гаага, Исраелла-Сара Абарбанель
© Prawa autorskie: Ariel Abarbanel, 2026
Certyfikat publikacji nr 126052505038
Lista czytelnik;w / Wersja do drukowania / Opublikuj og;oszenie / Редактировать / Удалить
Inne pozycje Ariel Abarbanel
Рецензии
Napisz recenzj;
Inne pozycje Ariel Abarbanel
Авторы Произведения Рецензии Поиск Магазин Twoja strona Biuro Autora O portalu Стихи.ру Prose.ru
Portal Stikhi.ru zapewnia autorom mo;liwo;; bezp;atnej publikacji ich dzie; literackich w Internecie na podstawie Umowa U;ytkownika. Wszelkie prawa autorskie do prac nale;; do autor;w i s; chronione Prawo. Przedruk prac jest mo;liwy tylko za zgod; jego autora, do kt;rego mo;na si; odwo;a; na stronie jego autora. Autorzy s; odpowiedzialni za teksty prac niezale;nie na podstawie Zasady publikowania и Ustawodawstwo Federacji Rosyjskiej. Dane U;ytkownik;w przetwarzane s; na podstawie Polityka przetwarzania danych osobowych. Mo;esz tak;e zobaczy; wi;cej szczeg;;;w Informacje o portalu и Skontaktuj si; z administracj;.
Codzienna publiczno;; portalu Stikhi.ru - oko;o 200 tysi;cy odwiedzaj;cych, kt;rzy w sumie ogl;daj; ponad dwa miliony stron zgodnie z licznikiem ruchu, kt;ry znajduje si; po prawej stronie tego tekstu. Ka;da kolumna zawiera dwie cyfry: liczb; wy;wietle; i liczb; odwiedzaj;cych.
© Wszelkie prawa zastrze;one przez autor;w, 2000-2026. Portal dzia;a pod auspicjami Rosyjski Zwi;zek Pisarzy. 18+
Свидетельство о публикации №126052600024